Granica

Czarna Góra, Zachodni Reikland 14 Kaldezeit 2588

12

Lodowe pustkowieGdy nadchodzi śnieg, ludy północy boją się jednej rzeczy – lodowej gorączki. Dopada każdego w każdym wieku i zdrowi, nie zaważając na to czy to jest kobieta czy rosły mężczyzna. Gorączka zaczyna się od śniegu, który dopada swoją ofiarę a potem topniejąc wchodzi do głowy wywołując gorączkę. Gdy gorączka słabnie osoba nie czuje się sobą. Wydaje się jej, że ktoś porusza się za nią, mówi to, co ma mówić i wkłada do głowy obrazy, których nigdy nie widział. Szamani wiedzą jak postępować w takich przypadkach bo nie jest to nic niezwykłego. Po nocnym rytuale, jeśli chory przetrwa noc, jest wyleczony. Jeśli nie, to zakopuje się go w śniegu na trzy noce a potem przenosi na stos i pali do białych kości.
Pytałem się wielokrotnie szamanów czym jest owa lodowa gorączka. Nikt nie mógł mi powiedzieć to wprost, ale mogłem wywnioskować, że to jest coś, co pochodzi z dalekiego zachodu a co przyniosły ze sobą elfy morskie albo nawet ich mroczni bracia. Elfy nie odczuwają tego i jest to przez nich traktowane jak zwykły katar dla ludzi. Jednak działanie na ludzi jest właśnie takie. To podobno przez nasze środki i podatność na choroby. Byłem też ciekaw, co też tacy ludzie robią lub słyszą. I tu też nie było jasnej odpowiedzi. Kieruje nimi ktoś, ale nie oni sami. Niby chodzą bez celu, coś mówią do siebie a czasami mogą też być bardzo gwałtowni. Widzą lasy, gdzie ich nie ma i morze, gdzie ono nie płynie. To elfy zsyłają takie obrazy. Ich umysły są wstanie wyczuć taki osłabiony organizm i wejść do niego. Czynią to bezwiednie i działają dalej nie wiedząc, że jeśli oni walczą to i człowiek, z którym są powiązani, walczy. I tylko lodowe wiedźmy są w stanie świadomie manipulować ludźmi chorującymi na lodową gorączkę.

Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom I, str 55.

Sprawa góry zwanej w lokalnej społeczności jako Czarna Góra, od samego początku była bardzo pogmatwana. Do kolegium dochodziły głosy z Ubersreiku od rezydenta Johanna, jakoby działo się tam coś, co może zagrażać lokalnej społeczności a nawet całemu krajowi. Początkowo rezydent był oszczędny w słowach i ostrożny w ferowaniu wyroków, ale jak mijały tygodnie, jego ton zmienił się z ciekawości w zaniepokojenie a potem już oczywistą obawę. Kolegium nie mogło zostawić tak tej sprawy, gdyż jej rozwój w czasie wskazywał, że dzieje się coś naprawdę niezwykłego w tej części Imperium.
Do sprawy zostali oddelegowani Lord Winfred oraz Lord Sigismund. Obaj mieli ze sobą swoich uczniów, Sebastiena, który terminował u Lorda Winfreda i Mordheim, piszący te słowa, który pobierał nauki u wielce szanowanego Lorda Sigismunda. Skłamałbym pisząc, że ci dwaj doświadczeni magowie, nie znali się na swojej robocie. O ile chodziło o magię, to ich kunszt oraz znajomość Ulgu była naprawdę biegła. Jednak ich siłą była też znajomość wrogów Imperium czyli kultystów wszelkiej maści i proweniencji. Nikt chyba z Szarego Zakonu Ziem Południowych nie był tak zasłużony jak właśnie mój pan. Zaczynał swoją pracę w Zakonie Cienia, gdzie zdobył potrzebne szlify i doświadczenie w obyciu z magami. Potem, gdy sprawy wewnętrzne były już zbyt proste dla niego zajął się działalnością kultystów. Dzięki swoim naturalnym zdolnościom potrafił znaleźć język z każdym a niektóre zdolności, o których nie chcę na razie pisać, pozwalały mu zdobyć zaufanie kogo tylko chciał. To czyniło z niego idealną broń, którą Zakon posłużył się bardzo wiele razy. Lord Sigismund wchodził do kultu jako zwykły członek i tam zdobywał pozycję by potem zaatakować od wewnątrz. Przeszedł ponad dziesięć różnych inicjacji kultystycznych i każdą zakończył rozbiciem grupy. To naprawdę bardzo cenne doświadczenie i jeśli miałbym pobierać nauki to tylko u mojego mistrza.
Mistrz i uczeń
Ale odbiegam od głównego wątku czyli wyprawy pod Czarną Górę. Raporty, które przychodziły do Kolegium mówiły o jakiejś kopalni, której korytarze przebiły się do dużo starszych korytarzy należących do bliżej nie znanej budowli o nieznanym pochodzeniu. Budowla ta miała charakter świątynny lub miała taki charakter, gdyś było przy jej okazji wspominani strażnicy magiczni, zaklęte drzwi oraz czerń, która nasycona była chorobą i żyjące w niej stwory, które nie pochodziły z tego świata. Przez słowa w raporcie często przewijało się słowo “krasnoludzkie” gdyż sama kopalnia była krasnoludzka a starożytne korytarze nosiły znamiona podobne do miast krasnoludzkich. Cała sprawa była naprawdę ciekawa i mogła, choć nie musiała zahaczać o jakiś rodzaj kultu lub starą świątynię. Dlatego mój mistrz zainteresował się tym jako pierwszy i na spotkaniu zgłosił się na ochotnika by przyjechać na miejsce i samemu to sprawdzić. Jednak wiedział, że sam może nie podołać zadaniu dlatego zdecydował się wziąć ze sobą Lorda Winfreda. To równie zasłużony mag i choć nie jest takim człowiekiem czynu jak mój pan, to jednak posiada on ogromną wiedzę dotyczącą historii sprzed Imperium i panowania Sigmara. Niektórzy mówią, że czytał z ksiąg, które zostawił Teclis, a które zawierały opisy miejsc, istot i zdarzeń, które miały miejsce zanim Sigmar został Imperatorem i w konsekwencji został wywyższony do rangi boga. W dodatku biegłe władał elfickim, krasnoludzkim oraz kilkoma językami północy i południa. Zgłębiał tajniki run krasnoludzkich i jako jeden z trzech ludzi w ciągu ostatniego tysiąclecia, terminował przez rok u mistrza kowalstwa Kungrima z Karaz-A-Karak. To bardzo duże wyróżnienie ale i ogromne brzemię, gdyż tajemnica tego, co ma w głowie, nie może się poza nią wydostać.

Jak sami widzicie, tajemnica Czarnej Góry, czymkolwiek by nie była, spotkała godnego przeciwnika. Kolegium było spokojne o powodzenie misji zaś ja z Sebastieniem nie mogliśmy się doczekać nadchodzącej przygody. Poczyniliśmy wszelkie przygotowania – od zapasów na drogę w postaci jedzenia po ingredjencje, które sobie zażyczyli magowie i księgi oraz materiały piśmiennicze. Mieliśmy ruszyć 11 Kaldezeit i nie chciano już przedłużać terminu wyjazdu. Mieliśmy dostać się na miejsce po tygodniu a sprawa nie mogła czekać. Co prawda jesień zapowiadała się ciepła i na południu nigdy nie było aż takiej różnicy w jej odczuwaniu, jednak chciano to mieć już za sobą. Dlatego jak tylko przyszła notka, że kopalnia została zamknięta, a wydarzenia doprowadzające do jej zamknięcia przebiegły bardzo dramatycznie, byliśmy gotowi i ruszyliśmy.
Droga nie była uciążliwa, gdyż jak sprawdziłem, Ubersreik nie był znowu taki mały. Ostatnio odbyły się tam wybory i był na nich obecny cesarski wysłannik, a także mistrzowie z naszego kolegium, zatem nie była to wioska, o której świat zapomniał. Rozmawiałem z Sebastianem o tym miejscu. Był podekscytowany, gdyż jak się okazało, w Czarnej Górze faktycznie była kopalnia i to krasnoludzka. Wydobywano tam drogie kamienie, które tam obrodziły w ilościach bardzo dużych. Jak podają nie tak stare jeszcze raporty, sięgające ponad 300 lat temu, w tym miejscu można było wydobywać ponad tuzin różnych kamieni szlachetnych. Jak tłumaczył mi Sebastian, jest to wynik siły magicznej zwanej tektoniką, która powoduje, że góra sama tworzy takie coś z piasku i kamienia. To są plusy przebywania z mistrzem Winfredem. Jednak to nie wszystko. Podobno krasnoludy wyniosły się stamtąd, gdyż doszło tam do zawalenia części korytarzy i niestabilności całego kompleksu. Pisało się o jakiejś klątwie przez którą klan musiał opuścić górę i odejść na południe. Zatem faktycznie mogły tam istnieć istniejące korytarze kopalni i możliwe, że coś jeszcze. Jednak o tym, co jeszcze, księgi milczą. Nie ma żadnych zapisków o tym miejscu i nie ma niczego, co by mogło choć w przybliżeniu powiedzieć coś więcej o tym miejscu. Jednak jeszcze jedna informacja pochodząca z tego rejonu jest ciekawa.
Sebastien
Dostarczył ją dla nas Mistrz Neustachy, jeden z wybitnych Astromantów. Otóż kilka miesięcy wcześniej miała miejsce w okolicy potężna erupcja wiatru Azyr i to tak silna, że w Altdorfie była odbierana bez żadnych przyrządów czy innych instrumentów. Mistrz mówił wtedy, że siła tej erupcji była porównywalna z wybuchem węzła magii i w tych rejonach była dotychczas niespotykana. Taka magiczna manifestacja nie mogła pozostać bez echa i możliwe, że jest to też jeden z powodów, dla których coś zaczęło się dziać na tych terenach.
Wreszcie po tygodniu stanęliśmy w Ubersreiku. Urokliwe miasteczko i pozbawione krzykliwości i tłoku stolicy. Tutaj można było odpocząć i nabrać dystansu do wszystkiego. Nie mieliśmy tu długo zabawić. Raptem odświeżyć się po podróży by rankiem ruszyć już pod górę. Rezydent mieszkał w swojej wieży, do której dochodziło się przez kamienny, krasnoludzki most. To wspaniała pamiątka o tym, że nasze dwie rasy są blisko siebie i zżyły się na tyle, że nasze miasta mają jakieś elementy wytworzone rękami Mniejszych Braci. Zjedliśmy dobrą kolację, a mój mistrz porozmawiał sobie jeszcze z ludźmi, którzy przez prawie dwa miesiące przebywali na miejscu, zarządzali kopalnią i którzy są bezpośrednimi świadkami tego, co się tam stało. Giuseppe, bo tak brzmiało imię owego jegomościa, który zarządzał kopalnią, miał jeszcze jedną rozmowę ze mną. Dotyczyła o dziwo nie kopalni, ale jego mistrza, rezydenta Johana. Byśmy na niego uważali. W mieście podobno coś się działo i nie chciał by coś mu się stało w czasie drogi. To było chyba pierwsze ukłucie niepewności i tego, że Czarna Góra nie jest tutaj najważniejsza. Wiedziałem, że takie rzeczy są bardzo ważne i mój mistrz nauczył mnie, że jeśli coś takiego pada z ust osoby w miarę wykształconej to jak by to niedorzecznie nie brzmiało, to może być w tym coś z prawdy i nie należy tego bagatelizować. Po tej rozmowie odbyłem jeszcze rozmowę z moim mistrzem i spytał się mnie co sądzę o mieście i o moim rozmówcy. Podzieliłem się z nim moimi wątpliwościami, co spotkało się z jego aprobatą. Ucieszyłem się, bo wiem, że nic tak nie cieszy mistrza jak pojętny uczeń. Potwierdził, że rezydent Johann będzie osobą, której trzeba się przyjrzeć i to ja mam robić. Przynajmniej do czasu, kiedy kopalnia nie będzie rozpoznana i uwaga mojego mistrza nie będzie wytężana. Niepokoił go taki stan rzeczy, ale nie mogli zajmować się teraz dwiema rzeczami na raz. Góra zdawała się być ważniejsza zaś ewentualny stan Johanna nie wymagał natychmiastowej ingerencji. Mistrz przestrzegł mnie był baczył na maga, pilnował tego, co robi i jeśli robi coś, czego nie widzę lub z dala on niego lub jego towarzysza, to on ma o tym wiedzieć. Powiedział, że w Zakonie Cienia często takie rzeczy były wykonywane i nie jest to coś, czego mam się obawiać lub mieć jakieś obiekcje. Szary mag jest tylko człowiekiem i dotykać go może to, co dotyka każdego. Może wątpić, może być opętany, może należeć do kultu lub być przez niego w bardzo misterny i subtelny sposób kierowany. Nie takie rzeczy widział i nie takie rzeczy odkrywał. Póki co, nie widzi nic niepokojącego, ale to nie oznacza, że nic nie ma. Zarządca kopalni był wyraźnie zatroskany, mówił o kilku dość poważnych symptomach, które zwykle pojawiają się, gdy zaczyna w okolicy działać kult albo przynajmniej ktoś, komu zależy na zniszczeniu obecnego porządku. Wspomniał również o panu von Radtke, który jest podejrzany o to, że jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej pośrednio, miał jakieś interesy w mieście. Polecił mi sprawdzić u Sebastiena wiedzę o tym panu i życzył dobrej nocy. Ja wiedziałem, że ta noc dla mojego pana będzie bardzo trudna gdyż będzie się szykować do podróży i działania. Kilka worków ingrediencji, które mu zaniosłem do pokoju tylko potwierdziło moje przypuszczenia.
Czarna Góra
Ja też wtedy mogłem odetchnąć. Z wieży było widać całkiem ładną panoramę miasteczka. Oświetlony ratusz, strzelista wieża Magnusa oraz wyższa zabudowa centrum z kilkoma zameczkami należącymi do możnych tego miasta. Jak mi wyjaśniono, to oni najwięcej przegrali podczas ostatnich wyborów, dlatego w mieście nie jest tak dobrze, jakby się wydawało. Choć władza została ta sama czyli zarządzanie poprzez Radę Miejską, to jednak przegrani nie zamierzali odpuszczać. Rezydent był świadomy tych rzeczy i widziałem jak prowadził swoje dzienniki, gdzie wpis gonił wpis. Nigdy nie sądziłem, że w takim małym miasteczku będzie tyle różnych spraw. Jak potem dowiedziałem się podczas tych kilku dni drogi w stronę góry co tam się działo, to zaczynałem mieć poważne wątpliwości, czy góra nie jest li tylko czymś, co ma odciągnąć coś lub kogoś od tego, co dzieje się w mieście. Mój mistrz to też zauważył, ale obaj wiedzieliśmy, że było już wtedy za późno.

Comments

Czyli za słabo cisnąłem i straciliśmy część kawalerii :(

Edit: …no zależy jeszcze co zrobią, czy wrócą do miasta – to by byli za dzień-dwa – czy jednak pójdą do kopalni :/

 

nie zapowiada się na sukces naszej misji ;)

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.