Granica

Czarna Góra, Zachodni Reikland 19 Kaldezeit 2588

Czarna_Góra

13

W osadzie Velkmunde spotkaliśmy się z dość osobliwym zwyczajem karania wrogów. Kary wymierza sam szaman wioski i zwykle są one śmiertelne bo i czyny, jakimi się zajmuje są najcięższe z możliwych. Otóż ów szaman – zwany przez miejscowych Olgden czyli Wiosło – przywiązuje skazanego do pala i dotyka mu czoło nożem. Jeśli skazany przyzna się do winy to szaman zadaje nim cios w serce i zabija skazańca. Jeśli skazany idzie w zaparte to dzieje się z nim coś dziwnego – otóż zaczyna się on gwałtownie starzeć. Zwykle po kwadransie nie zostaje z delikwenta nic prócz kupki kości.
Pytam się, jak to możliwe, że tak się dzieje. Wiosło odpowiedział mi, że to przez ów nóż. To broń elfia, przywieziona tu przez mroczne elfy i tylko one mogą się nią posługiwać bez skutków ubocznych. Zwana jest przez nich Lang Sovn czyli Zsyłacz Snów. Długie, hartowane ostrze przypomina sztylety imperialne ale ich falowane ostrze i brak zbrocza powodują, że jest to całkowicie egzotyczna broń. Jak powiedział Olgden tym sztyletem posługują się zabójcy elficcy a jego precyzja oraz zabójczość jest już legendarna. Niestety na ludzi działa nie dość, że zabójczo, jak każda broń biała, to jeszcze powoduje gwałtowne starzenie. Podobno to przez klątwę, którą posiadają ludzie, a nie mają jej elfy i krasnoludy czyli krótkowieczność. Nadal jednak nie dawała mi spokoju myśl o adekwatności karty wymierzanej za pomocą Lang Sovna. Dlaczego zatwardziałego wroga skazywano na śmierć ze starości? I na to Wiosło mi odpowiedział. Oni, Norskmeni, mają dusze. Elfy jej nie mają. To dlatego krócej żyją bo oddają część żywota duszy, która jest nieśmiertelna. Elfy mogą cieszyć się długowiecznością, ale gdy nadejdzie kres to po nim nie ma nic. Kradzież takiej duszy jest cenna i dzięki praktykom drucci można ją przekuć na cenny eliksir przedłużający życie. Takie noże to skrzynie pełne dusz za które elfy są gotowe zapłacić krocie. I gdy elfy najadą wioskę, szaman jest gotowy na wymianę. Za cenę noża można kupić życie. Chociażby te ludzkie.

Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom II, str 5.

Góra rosła w oczach już od drugiego dnia by wreszcie pod koniec czwartego być pod jej podnóżem. Sprawiała wrażenie samotnego ostańca o niebotycznej wysokości, ale bliskość Gór Szarych skutecznie maskowała to wrażenie. Przez całą drogę patrzyliśmy na wierzchołek, który górował nad lasem i był naszym punktem orientacyjnym. Na postojach często rozmawialiśmy o mieście i o tym, co usłyszeliśmy. O wyborach, o zniszczeniach w porcie, o możliwości działania kultu i o tym, jak góra może na to wpływać. A już kompletną nocą, gdy tylko ja, mój mistrz i gwiazdy na niebie czuwały, rozmawialiśmy o rezydencie i własnych odczuciach co do tej misji. Mój mistrz pilnie baczył na mnie i wiedziałem, że testował moją wiedzę i moje zdolności obserwacji. Im więcej się dowiadywaliśmy o wszystkich zdarzeniach i o możliwych zagrożeniach, tym częściej Lord Sigismund popadał w zamyślenie. Było to wielce niepokojące, ale góra zdawała się być rzeczą ponad tym wszystkim. Kiedy ostatniej nocy siedzieliśmy przy ognisku mój mistrz powiedział do mnie takie słowa: “Coś mi się wydaje mój uczniu, że ta góra to był tylko pretekst. Może wcale nie powinno nas tu być a ważniejsze rzeczy dzieją się w mieście. Jednak zrobimy wszystko by sprawdzić górę a potem sprawdzić miasto. Coś mi się wydaje, że klucz do rozwiązania tej całej sytuacji od początku był w mieście.”
Pamiętam te słowa teraz i wydaje mi się, że jest w nich wiele prawdy. Rezydent nie zachowywał się dziwnie i był prawdziwą skarbnicą wiedzy o mieście i zdarzeniach. Widać, że dobrze się wywiązywał ze swojej funkcji i na pewno zasługiwał na najwyższe uznanie. Słuchając tego, co się tam dzieje, tym bardziej urósł w naszych oczach, gdyż mało który mag mógłby tak powiązać fakty i działać w takim środowisku. Jednak przybycie pod górę zastopowało nasze rozmowy a jej ogrom urzekła nas od pierwszego wejrzenia.

Góra była czarna i wokół unosił się zapach spalenizny. U jej podnóża widać było jakieś kupki gruzu, które pewnie kiedyś były zabudowaniami. Nieopodal, gdzie jeszcze sięga las a kończy ugór, widać było rozległe połacie ziemi zdarte do kamienia i przekopane jak po przejechaniu tędy całego legionu rycerzy. Ziemia już była uklepana, ale rozmiar zniszczenia trawy i drzew wskazywał na siłę, którą trudno było sobie wyobrazić. Niektóre pnie były rozpęknięte na pół jak od uderzeń kul armatnich, niektóre potrzaskane jakby dostały się pod ciężki ostrzał strzelb hohlandzkich. Nic nie wskazywało by ktoś o takiej sile mógł operować w tym regionie. To chyba nas zmyliło bo od razu ważność góry znów stała się istotna – właśnie poprzez pryzmat siły, jakiej tu użyto.
Obóz rozbiliśmy pomiędzy kamiennymi ruinami nieopodal wejścia do kopalni. Doskonale nadawały się do obrony, ukrycia i obserwacji. Podnóże góry górowało nad okolicą i mieliśmy całkiem niezły przegląd tego, co mogło wyjść z lasu lub z kopalni. Nasze spojrzenia ciekawie zerkały wokół bo byliśmy ciekawi czy dostrzeżemy ślady obozu o jakim wspominał Giuseppe oraz sam rezydent. To też stanowiło zagadkę, która dopełniała wszystko to, co tu się zdarzyło. Na wieczór mieliśmy już wszystko gotowe – namioty rozbite pomiędzy kamiennymi ścianami, ognisko i zapas drewna, ciepłe jedzenie, które przygotował Sebastien i górę, która patrzyła na nas w milczeniu.

Rezydent mówił, że był tu kiedyś, ale to miejsce teraz jest inne. Każdy to czuł, gdzieś na granicy wrażenia. Mój mistrz powiedział, że działał tu dhar i czuć go w drzewach, w ziemi i w skale. Promieniuje nieznacznie, ale delikatne smagnięcia wiatrów magii mogą to odkryć. Wielkie leje na przedpolu, które mogły być śladami po wybuchach kartaczy, miały ten ślad bardzo wyraźny. Potrzaskane drzewa już mniejszy, ale jednak jest. Mogliśmy tylko sobie wyobrazić to tu się mogło zdarzyć. Nie znaleźliśmy żadnych ciał i wypatrywaliśmy czy nie będzie tu potworów o jakich wspominał zarządca tego miejsca. Wszystko zostało wypalone i albo usunięte albo … tego nigdy nie było. Lord Winfred wspominał, że bardzo często wielkie okropności dzieją się tylko w głowie poszkodowanego a wrażenia z nich są jak prawdziwe. Rezydent zapewnił jednak, że to nie może być to. Jego uczeń jest twardo stąpającym po ziemi człowiekiem, a mając jeszcze jednego maga pod bokiem nie mógł sobie tego wyobrazić. W dodatku był tu też elf a wiadomo, że ta rasa ma już legendarną odporność na iluzję i omamy. Dlatego jeśli elfowi coś się wydaje, to znaczy że to jest.

Lord WinfredZmęczeni podróżą wszyscy położyli się spać. Tylko ja z Sebastienem wzięliśmy warty i obowiązek podtrzymywania ogniska. Im więcej cieni tym lepiej. Mnie przypadła pierwsza warta i czułem się nieswojo w tym miejscu. Nie dość, że nowe to jeszcze tak bardzo tajemnicze, że niepokój można było wyczuć bez specjalnych umiejętności. Obserwowałem mistrza Johanna, który stał tuż za kręgiem światła i patrzył na górę. Zadarł głowę wysoko i obserwował czubek góry. Patrzyłem na jego sylwetkę i zastanawiałem się ile trzeba mieć siły w sobie by faktycznie być rezydentem, by być pierwszą linią oporu a czasami i ostatnią. “Mistrzu” – rzekłem by przerwać jego obserwacje – “Połóż się już panie. Jutro ciężki dzień a nam potrzeba twojej wiedzy i umiejętności.” Przerwał patrzenie i podszedł do ogniska i swojego posłania w namiocie. Widziałem, że chyba płakał. Mogło mi się to jednak wydawać bo płomień tańczył po wszystkim wokół jakby nie robił tego od bardzo dawna.
Ranek wstał piękny i słoneczny. To trochę było nam nie po drodze ale jak się okazało nie było potrzeby była inna pogoda. Weszliśmy do kopalni. Echo dharu było bardzo silne i nawet ja je wyczuwałem. Lordowie obejrzeli uważnie wejście i przeszliśmy dalej do szybu windowego. Nie było zejścia tą stroną gdyż szyb wypełniony był skałą. Bardzo dziwną skałą gdyż wypełniała ona całe światło szybu jak woda albo piana w kuflu. W strukturze przypominała drewno ale była bardzo wytrzymała i nie chciała się kruszyć. Próba ognia, kucia czy elektryczności nic nie dała. Skała nie kruszyła się a jeśli już ulegała zniszczeniu to w zmieniała się w pył. W dodatku wypełniała przestrzeń bardzo ściśle i niemal bez wyraźniej różnicy warstw. Czasami widuje się to przy wulkanach, gdzie gorąca lawa wpada na skałę, topi ją a potem zastyga w formie, która zawiera zarówno lawę jak i skałę. Nie wiem, jak to możliwe by coś takiego zdarzyło się w tym miejscu. Lord Winfred mówił, że tutaj nie ma żadnych ruchów sejsmicznych i wytworzenie takiej skały w takim czasie i w takich okolicznościach jest niemożliwe. Pozostaje magia, która zaczyna rysować się w coraz mroczniejszych barwach.

Kopalnia i jej główne wejście było zaplombowane. Nie dałoby się tego skruszyć tak łatwo bez naruszenia konstrukcji ścian. Jakby komuś bardzo zależało na tym, by już tędy nikt nie chodził. Lordowie zgodzili się, że ciężkie prace górnicze przez okres kilku miesięczny dałyby radę ale wątpliwe by było czy by nie zawaliły się korytarze a dalsza praca w tym miejscu nie miałaby sensu. Ponoć zbudowane to wszystko było ze specjalnej i bardzo twardej skały, która w dodatku jest odporna na wszelkie zmiany temperaturowe co dziwi, że doszło tutaj do czegoś takiego. Narastało wtedy w nas przekonanie, że miejsce wydaje się być zabezpieczone. Jeśli ktoś chciałby tędy wejść musiałby się porządnie przygotować a i tak nie ma pewności, czy nie dojdzie do zawałów. Jeśli tak, to pozostaje tylko udokumentować to, spisać, sprawdzić i uznać, że miejsce jest bezpieczne. Oczywiście rezydent musiałby raz w roku wizytować to miejsce i sprawdzić czy nic się nie zmieniło i nie ma oznak zmian zabezpieczeń. Takie coś dosyć często stosowaliśmy by nie naruszać niczego w okolicy jeśli nie ma potrzeby.

Trzeba było jednak sprawdzić wszystko. Magowie wyszli na zewnątrz i spojrzeli na górę. Trzeba było ją obejść by sprawdzić czy nie ma bocznych przejść, korytarzy lub zawałów. Należało też sprawdzić grubość skały i sprawdzić czy nie ma za nimi korytarzy przez które bez trudu dałoby się przebić. Na szczęście mieliśmy ze sobą lunetę wypożyczoną od Alchemików dzięki której będzie można sprawdzić czy nie ma wolnych przestrzeni do pięciu metra w skale. To by wystarczyło by mieć solidne zabezpieczenie przed przebiciem się przez skałę. Czekała nas zatem wędrówka wokół góry. Postanowiliśmy to odłożyć na jutro by zdążyć przed zmrokiem. Dzisiaj jeszcze skupiliśmy się na badaniu lejów, połamanych drzew i przeoranego przedpola kopalni.
Wieczór był spokojny i każdy marzył o tym, by już się położyć. Tym razem to Sebastien miał pierwszą wartę więc skorzystałem z tego, by się porządnie wyspać. Obudziłem się w środku nocy. Spodziewałem się, że zrobi to mój towarzysz ale uczynił to dziwny odgłos. Podniosłem głowę i zobaczyłem ognisko. Przy nim śpiącego magistra a za nim śpiących lordów w namiocie. W namiocie obok siedział rezydent i to z tego miejsca dochodził ten odgłos. Wstałem by odgonić resztki snu i podszedłem do Johanna. Zobaczyłem, że ma w ręku sztylet, cały falisty i ostry niczym brzytwa. Przeraziłem się i to musiał dostrzec lub wyczuć rezydent bo podniósł wzrok i uśmiechnął się.

- Nie bój się Mordheimie, to jest sztylet mrocznych elfów. Nie mogłem go zostawić w mieście i zastanawiać się, w czyje ręce może on wpaść. To jest ten sztylet, o którym wam opowiadałem. Podniósł go w stronę ognia bym mógł go obejrzeć w całości.
- Trzymam go w skrzynce przy sobie, bo tak jest najbezpieczniej. Sam wiesz, że nikt nie upilnuje czegoś, czego sam nie ma pod bokiem.
- Mistrzu, trzeba iść spać. Jutro kolejny dzień a ty musisz być na chodzie – powiedziałem i zerknąłem na śpiącego towarzysza.
- Sebastien, on …
Co to może być?- Zasnął. Ale spokojnie – machnął ręką w stronę namiotu lordów. – Nikomu nie powiem. Jak wstałem to nie chciałem nikogo budzić a skoro nasz towarzysz zasnął to niech odpoczywa.
- To miłe z twojej strony panie. Teraz moja kolej warty więc możesz już się położyć – powiedziałem i było mi lepiej po zapewnieniu, że Sebastien nie będzie miał przykrości za spanie przy warcie.
- Słusznie. Dobrej nocy – powiedział, odłożył sztylet do skrzynki i położył się spać.
Podszedłem do ogniska i usiadłem wygodnie. Nie budziłem Sebastiena bo i tak nie było sensu tego robić teraz. Przynajmniej się wyśpi. A jutro sobie z nim pogadam. Wyjąłem księgę i zacząłem ją studiować. Całkowicie pochłonęła mną teoria szarej magii i jej praktyki rytualne. Na tyle, że nie zwróciłem uwagi na jeden szczegół, który teraz stał się kluczowy i wtedy mógł zakończyć wszystko zanim coś się stało. Szczegół, który w swojej banalności mógł umknąć, ale nie powinien. Nie powinien dla maga i dla ucznia lorda Sigismunda. Nie powinien. Teraz już i tak jest na to za późno. Ach, gdybym wtedy skojarzył fakt, że Johann nie miał na sobie rękawiczek. Ach…

View
Czarna Góra, Zachodni Reikland 14 Kaldezeit 2588

12

Lodowe pustkowieGdy nadchodzi śnieg, ludy północy boją się jednej rzeczy – lodowej gorączki. Dopada każdego w każdym wieku i zdrowi, nie zaważając na to czy to jest kobieta czy rosły mężczyzna. Gorączka zaczyna się od śniegu, który dopada swoją ofiarę a potem topniejąc wchodzi do głowy wywołując gorączkę. Gdy gorączka słabnie osoba nie czuje się sobą. Wydaje się jej, że ktoś porusza się za nią, mówi to, co ma mówić i wkłada do głowy obrazy, których nigdy nie widział. Szamani wiedzą jak postępować w takich przypadkach bo nie jest to nic niezwykłego. Po nocnym rytuale, jeśli chory przetrwa noc, jest wyleczony. Jeśli nie, to zakopuje się go w śniegu na trzy noce a potem przenosi na stos i pali do białych kości.
Pytałem się wielokrotnie szamanów czym jest owa lodowa gorączka. Nikt nie mógł mi powiedzieć to wprost, ale mogłem wywnioskować, że to jest coś, co pochodzi z dalekiego zachodu a co przyniosły ze sobą elfy morskie albo nawet ich mroczni bracia. Elfy nie odczuwają tego i jest to przez nich traktowane jak zwykły katar dla ludzi. Jednak działanie na ludzi jest właśnie takie. To podobno przez nasze środki i podatność na choroby. Byłem też ciekaw, co też tacy ludzie robią lub słyszą. I tu też nie było jasnej odpowiedzi. Kieruje nimi ktoś, ale nie oni sami. Niby chodzą bez celu, coś mówią do siebie a czasami mogą też być bardzo gwałtowni. Widzą lasy, gdzie ich nie ma i morze, gdzie ono nie płynie. To elfy zsyłają takie obrazy. Ich umysły są wstanie wyczuć taki osłabiony organizm i wejść do niego. Czynią to bezwiednie i działają dalej nie wiedząc, że jeśli oni walczą to i człowiek, z którym są powiązani, walczy. I tylko lodowe wiedźmy są w stanie świadomie manipulować ludźmi chorującymi na lodową gorączkę.

Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom I, str 55.

Sprawa góry zwanej w lokalnej społeczności jako Czarna Góra, od samego początku była bardzo pogmatwana. Do kolegium dochodziły głosy z Ubersreiku od rezydenta Johanna, jakoby działo się tam coś, co może zagrażać lokalnej społeczności a nawet całemu krajowi. Początkowo rezydent był oszczędny w słowach i ostrożny w ferowaniu wyroków, ale jak mijały tygodnie, jego ton zmienił się z ciekawości w zaniepokojenie a potem już oczywistą obawę. Kolegium nie mogło zostawić tak tej sprawy, gdyż jej rozwój w czasie wskazywał, że dzieje się coś naprawdę niezwykłego w tej części Imperium.
Do sprawy zostali oddelegowani Lord Winfred oraz Lord Sigismund. Obaj mieli ze sobą swoich uczniów, Sebastiena, który terminował u Lorda Winfreda i Mordheim, piszący te słowa, który pobierał nauki u wielce szanowanego Lorda Sigismunda. Skłamałbym pisząc, że ci dwaj doświadczeni magowie, nie znali się na swojej robocie. O ile chodziło o magię, to ich kunszt oraz znajomość Ulgu była naprawdę biegła. Jednak ich siłą była też znajomość wrogów Imperium czyli kultystów wszelkiej maści i proweniencji. Nikt chyba z Szarego Zakonu Ziem Południowych nie był tak zasłużony jak właśnie mój pan. Zaczynał swoją pracę w Zakonie Cienia, gdzie zdobył potrzebne szlify i doświadczenie w obyciu z magami. Potem, gdy sprawy wewnętrzne były już zbyt proste dla niego zajął się działalnością kultystów. Dzięki swoim naturalnym zdolnościom potrafił znaleźć język z każdym a niektóre zdolności, o których nie chcę na razie pisać, pozwalały mu zdobyć zaufanie kogo tylko chciał. To czyniło z niego idealną broń, którą Zakon posłużył się bardzo wiele razy. Lord Sigismund wchodził do kultu jako zwykły członek i tam zdobywał pozycję by potem zaatakować od wewnątrz. Przeszedł ponad dziesięć różnych inicjacji kultystycznych i każdą zakończył rozbiciem grupy. To naprawdę bardzo cenne doświadczenie i jeśli miałbym pobierać nauki to tylko u mojego mistrza.
Mistrz i uczeń
Ale odbiegam od głównego wątku czyli wyprawy pod Czarną Górę. Raporty, które przychodziły do Kolegium mówiły o jakiejś kopalni, której korytarze przebiły się do dużo starszych korytarzy należących do bliżej nie znanej budowli o nieznanym pochodzeniu. Budowla ta miała charakter świątynny lub miała taki charakter, gdyś było przy jej okazji wspominani strażnicy magiczni, zaklęte drzwi oraz czerń, która nasycona była chorobą i żyjące w niej stwory, które nie pochodziły z tego świata. Przez słowa w raporcie często przewijało się słowo “krasnoludzkie” gdyż sama kopalnia była krasnoludzka a starożytne korytarze nosiły znamiona podobne do miast krasnoludzkich. Cała sprawa była naprawdę ciekawa i mogła, choć nie musiała zahaczać o jakiś rodzaj kultu lub starą świątynię. Dlatego mój mistrz zainteresował się tym jako pierwszy i na spotkaniu zgłosił się na ochotnika by przyjechać na miejsce i samemu to sprawdzić. Jednak wiedział, że sam może nie podołać zadaniu dlatego zdecydował się wziąć ze sobą Lorda Winfreda. To równie zasłużony mag i choć nie jest takim człowiekiem czynu jak mój pan, to jednak posiada on ogromną wiedzę dotyczącą historii sprzed Imperium i panowania Sigmara. Niektórzy mówią, że czytał z ksiąg, które zostawił Teclis, a które zawierały opisy miejsc, istot i zdarzeń, które miały miejsce zanim Sigmar został Imperatorem i w konsekwencji został wywyższony do rangi boga. W dodatku biegłe władał elfickim, krasnoludzkim oraz kilkoma językami północy i południa. Zgłębiał tajniki run krasnoludzkich i jako jeden z trzech ludzi w ciągu ostatniego tysiąclecia, terminował przez rok u mistrza kowalstwa Kungrima z Karaz-A-Karak. To bardzo duże wyróżnienie ale i ogromne brzemię, gdyż tajemnica tego, co ma w głowie, nie może się poza nią wydostać.

Jak sami widzicie, tajemnica Czarnej Góry, czymkolwiek by nie była, spotkała godnego przeciwnika. Kolegium było spokojne o powodzenie misji zaś ja z Sebastieniem nie mogliśmy się doczekać nadchodzącej przygody. Poczyniliśmy wszelkie przygotowania – od zapasów na drogę w postaci jedzenia po ingredjencje, które sobie zażyczyli magowie i księgi oraz materiały piśmiennicze. Mieliśmy ruszyć 11 Kaldezeit i nie chciano już przedłużać terminu wyjazdu. Mieliśmy dostać się na miejsce po tygodniu a sprawa nie mogła czekać. Co prawda jesień zapowiadała się ciepła i na południu nigdy nie było aż takiej różnicy w jej odczuwaniu, jednak chciano to mieć już za sobą. Dlatego jak tylko przyszła notka, że kopalnia została zamknięta, a wydarzenia doprowadzające do jej zamknięcia przebiegły bardzo dramatycznie, byliśmy gotowi i ruszyliśmy.
Droga nie była uciążliwa, gdyż jak sprawdziłem, Ubersreik nie był znowu taki mały. Ostatnio odbyły się tam wybory i był na nich obecny cesarski wysłannik, a także mistrzowie z naszego kolegium, zatem nie była to wioska, o której świat zapomniał. Rozmawiałem z Sebastianem o tym miejscu. Był podekscytowany, gdyż jak się okazało, w Czarnej Górze faktycznie była kopalnia i to krasnoludzka. Wydobywano tam drogie kamienie, które tam obrodziły w ilościach bardzo dużych. Jak podają nie tak stare jeszcze raporty, sięgające ponad 300 lat temu, w tym miejscu można było wydobywać ponad tuzin różnych kamieni szlachetnych. Jak tłumaczył mi Sebastian, jest to wynik siły magicznej zwanej tektoniką, która powoduje, że góra sama tworzy takie coś z piasku i kamienia. To są plusy przebywania z mistrzem Winfredem. Jednak to nie wszystko. Podobno krasnoludy wyniosły się stamtąd, gdyż doszło tam do zawalenia części korytarzy i niestabilności całego kompleksu. Pisało się o jakiejś klątwie przez którą klan musiał opuścić górę i odejść na południe. Zatem faktycznie mogły tam istnieć istniejące korytarze kopalni i możliwe, że coś jeszcze. Jednak o tym, co jeszcze, księgi milczą. Nie ma żadnych zapisków o tym miejscu i nie ma niczego, co by mogło choć w przybliżeniu powiedzieć coś więcej o tym miejscu. Jednak jeszcze jedna informacja pochodząca z tego rejonu jest ciekawa.
Sebastien
Dostarczył ją dla nas Mistrz Neustachy, jeden z wybitnych Astromantów. Otóż kilka miesięcy wcześniej miała miejsce w okolicy potężna erupcja wiatru Azyr i to tak silna, że w Altdorfie była odbierana bez żadnych przyrządów czy innych instrumentów. Mistrz mówił wtedy, że siła tej erupcji była porównywalna z wybuchem węzła magii i w tych rejonach była dotychczas niespotykana. Taka magiczna manifestacja nie mogła pozostać bez echa i możliwe, że jest to też jeden z powodów, dla których coś zaczęło się dziać na tych terenach.
Wreszcie po tygodniu stanęliśmy w Ubersreiku. Urokliwe miasteczko i pozbawione krzykliwości i tłoku stolicy. Tutaj można było odpocząć i nabrać dystansu do wszystkiego. Nie mieliśmy tu długo zabawić. Raptem odświeżyć się po podróży by rankiem ruszyć już pod górę. Rezydent mieszkał w swojej wieży, do której dochodziło się przez kamienny, krasnoludzki most. To wspaniała pamiątka o tym, że nasze dwie rasy są blisko siebie i zżyły się na tyle, że nasze miasta mają jakieś elementy wytworzone rękami Mniejszych Braci. Zjedliśmy dobrą kolację, a mój mistrz porozmawiał sobie jeszcze z ludźmi, którzy przez prawie dwa miesiące przebywali na miejscu, zarządzali kopalnią i którzy są bezpośrednimi świadkami tego, co się tam stało. Giuseppe, bo tak brzmiało imię owego jegomościa, który zarządzał kopalnią, miał jeszcze jedną rozmowę ze mną. Dotyczyła o dziwo nie kopalni, ale jego mistrza, rezydenta Johana. Byśmy na niego uważali. W mieście podobno coś się działo i nie chciał by coś mu się stało w czasie drogi. To było chyba pierwsze ukłucie niepewności i tego, że Czarna Góra nie jest tutaj najważniejsza. Wiedziałem, że takie rzeczy są bardzo ważne i mój mistrz nauczył mnie, że jeśli coś takiego pada z ust osoby w miarę wykształconej to jak by to niedorzecznie nie brzmiało, to może być w tym coś z prawdy i nie należy tego bagatelizować. Po tej rozmowie odbyłem jeszcze rozmowę z moim mistrzem i spytał się mnie co sądzę o mieście i o moim rozmówcy. Podzieliłem się z nim moimi wątpliwościami, co spotkało się z jego aprobatą. Ucieszyłem się, bo wiem, że nic tak nie cieszy mistrza jak pojętny uczeń. Potwierdził, że rezydent Johann będzie osobą, której trzeba się przyjrzeć i to ja mam robić. Przynajmniej do czasu, kiedy kopalnia nie będzie rozpoznana i uwaga mojego mistrza nie będzie wytężana. Niepokoił go taki stan rzeczy, ale nie mogli zajmować się teraz dwiema rzeczami na raz. Góra zdawała się być ważniejsza zaś ewentualny stan Johanna nie wymagał natychmiastowej ingerencji. Mistrz przestrzegł mnie był baczył na maga, pilnował tego, co robi i jeśli robi coś, czego nie widzę lub z dala on niego lub jego towarzysza, to on ma o tym wiedzieć. Powiedział, że w Zakonie Cienia często takie rzeczy były wykonywane i nie jest to coś, czego mam się obawiać lub mieć jakieś obiekcje. Szary mag jest tylko człowiekiem i dotykać go może to, co dotyka każdego. Może wątpić, może być opętany, może należeć do kultu lub być przez niego w bardzo misterny i subtelny sposób kierowany. Nie takie rzeczy widział i nie takie rzeczy odkrywał. Póki co, nie widzi nic niepokojącego, ale to nie oznacza, że nic nie ma. Zarządca kopalni był wyraźnie zatroskany, mówił o kilku dość poważnych symptomach, które zwykle pojawiają się, gdy zaczyna w okolicy działać kult albo przynajmniej ktoś, komu zależy na zniszczeniu obecnego porządku. Wspomniał również o panu von Radtke, który jest podejrzany o to, że jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej pośrednio, miał jakieś interesy w mieście. Polecił mi sprawdzić u Sebastiena wiedzę o tym panu i życzył dobrej nocy. Ja wiedziałem, że ta noc dla mojego pana będzie bardzo trudna gdyż będzie się szykować do podróży i działania. Kilka worków ingrediencji, które mu zaniosłem do pokoju tylko potwierdziło moje przypuszczenia.
Czarna Góra
Ja też wtedy mogłem odetchnąć. Z wieży było widać całkiem ładną panoramę miasteczka. Oświetlony ratusz, strzelista wieża Magnusa oraz wyższa zabudowa centrum z kilkoma zameczkami należącymi do możnych tego miasta. Jak mi wyjaśniono, to oni najwięcej przegrali podczas ostatnich wyborów, dlatego w mieście nie jest tak dobrze, jakby się wydawało. Choć władza została ta sama czyli zarządzanie poprzez Radę Miejską, to jednak przegrani nie zamierzali odpuszczać. Rezydent był świadomy tych rzeczy i widziałem jak prowadził swoje dzienniki, gdzie wpis gonił wpis. Nigdy nie sądziłem, że w takim małym miasteczku będzie tyle różnych spraw. Jak potem dowiedziałem się podczas tych kilku dni drogi w stronę góry co tam się działo, to zaczynałem mieć poważne wątpliwości, czy góra nie jest li tylko czymś, co ma odciągnąć coś lub kogoś od tego, co dzieje się w mieście. Mój mistrz to też zauważył, ale obaj wiedzieliśmy, że było już wtedy za późno.

View
Ubersreik, Zachodni Reikland 24 Vorgeheim 2588
11

Dziki Gon
W wierzeniach ludów Północy jest jedna przerażające zdarzenie, które zdaje się być podporządkowywać sobie wszystko co żywe i wszystko co jest z tego i z innych światów. Zwą to Dzikim Gonem. Spotkaliśmy się z tym określeniem podczas bardzo długiej nocy, gdzieś w lodowej głuszy daleko na północy. Miejscowi mówili, jakoby w tym czasie, gdy dzień jest najkrótszy i zima jest najsroższa, pojawiać miał się na niebie orszak demonów. Miał sprowadzać śnieg, grad i potężne wichury. Każdy kto stanął na jego drodze był porywany i wcielał się w ów pochód wszelkich szkaradztw i demonów. Zarówno żywi jak i martwi trafiali tam i pędzili po niebie na demonicznych rumakach lub wilkach siejąc strach w sercach wszystkich, którzy widzieli to zjawisko. Mówiono nam, że zwiastuje ono duże zmiany i zwykle niesie śmierć i pożogę. To bardzo zły znak dla wszystkich i nikt nie powinien widzieć Dzikiego Gonu na niebie. Mówi się, że wszystkie te zastępy prowadzi jednooki bóg zwany Odinem. Jest w stanie miotać błyskawice, zna sekrety nieba i widzi to, co będzie w przyszłości. O tego czasu patrzę na niebo, ale jak do tej pory, nie zobaczyłem Dzikiego Gonu.
Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom III, str 6.

Rada zebrała się w milczeniu. Cesarski namiestnik zmierzał właśnie w stronę miasta wieszcząc zmiany. Wszyscy ubrani odświętnie, przystrojeni i uśmiechnięci czekali na to, co będzie dziać się już niedługo w sali obok. Słychać było krzątanie się służby, brzęk naczyń i stronie instrumentów. Jednak ta ostatnia być może Rada, a przynajmniej w tym składzie, miała jeszcze coś do omówienia. Burmistrz nalegał by jeszcze raz się zebrać by wyjaśnić wszystko, co wyjaśnienia wymagało. A najważniejsze z tego wszystkiego był jedno – kto wysadził statek.
- Czy ktoś może mi wyjaśnić, to stało się w porcie? Johan? Kapitanie?
- Według relacji świadków nad ranem doszło do wybuchu statku, który najwyraźniej przewoził całe ładownie prochu. Widziano jak ktoś kręcił się w pobliżu i na samym statku, ale gęsta mgła uniemożliwiła identyfikację – głos kapitana lekko drżał, ale był pewny. – Uszkodzeniu uległo pięć jednostek, 6 magazynów, trzy kotwy nadbrzeżne oraz fragment pomostu. Zniszczeniu uległo bezpośrednie nabrzeże, dwa magazyny oraz sam statek. Straty oszacowano na…
- Sześćdziesiąt tysięcy złotych koro imperialnych!!! – krzyknął Alfred. – Kto za to odpowiada? Jeśli miasto nie znajdzie winnego to my, gildia kupiecka, domagamy się wypłaty odszkodowania za szkody wyrządzone przez nieuwagę i niedbałość służb miejskich. To jest skandal.
- Spokojnie mistrzu Alfredzie – burmistrz znów musiał uspokajać towarzystwo. – Miasto wszystko zwróci. Poczyniliśmy już starania by zabezpieczyć pieniądze na ten cel więc wszystko zostanie zapłacone. Martwy się lepiej następstwami tego zdarzenia. Wysłannik będzie tu lada chwila. Dobrze, że to się nie stało gdy był tutaj bo Herb miastamoglibyśmy zapłacić dużo więcej.
- Poruszyliśmy już wszystkie sznurki w tej sprawie. Podejrzewamy, że najwięcej do powiedzenia będzie miała gildia złodziei, która ponoć dokonała sprzedaży materiałów zapalających. Sprawdzamy to, ale wygląda to na pewny trop.
- Dobrze, ale co z portem? Jest sprawny?
- Tak, wszystko jest sprawne poza wyłączeniem części nabrzeża oraz magazynów. Moi ludzie obstawili teren. Jest problem z dnem bowiem wybuch uszkodził koryto rzeki i część wody wdarła się do środka. Na szczęście nie rozlała się szerzej i teraz spokojnie ścieka po odpływach z powrotem do rzeki – kapitan w swoim najlepszym mundurze prezentował się nad wyraz kompetentnie.
- Nie wiemy jednak po co ten statek przypłynął do miasta – odezwał się Johan. Wiemy że należał do rodu von Radtke, ale powód dla którego był wypełniony po brzegi prochem jest nieznany. W dodatku wybuch nastąpił w nieoczekiwanym momencie. Jeśli komuś zależało na wysłanniku to się pospieszył. Jeśli zaś na ofiarach w ludziach to nie o takiej porze. Jest to nielogiczne, ale jakieś motywy musiały być. Nikt nie rozwala statku wartego tysiące koron tylko po to by zrobić fajerwerki.
- I uszkodzić port, szanowny panie. Port jest uszkodzony – zawtórował Alfred. – Przez tydzień albo i dłużej nikt nie będzie mógł wpłynąć ani wypłynąć. Większe jednostki na pewno, mniejszym się jakoś uda. Każdy dzień przestoju to straty dla gildii, a co za tym idzie, dla miasta, idące w setki koron. To jawny cios w miasto jako takie a zatem atak na Imperium.
- Mocne słowa, ale ja bym tu nie szafował tak nimi. Mieliśmy tu scysje z sąsiadami, nawet z Saponatheimami, ginęli ludzi, paliły się wioski, ale o ataku na Imperium nikt nie mówił. To tragedia, ale żaden atak – burmistrz wyłuszczał swój punkt widzenia. – Musimy ją przetrwać jak każdą wcześniejszą taką i tyle. Koszty poniesiemy, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, to albo nowy zarządca będzie zmagać się z tym problemem albo my będziemy musieli to zagospodarować. Zaczynać od spłaty długu chyba nikomu się nie uśmiecha. Zatem nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
- Pan chyba żartuje burmistrzu – prychnął Alfred. – Cieszy się pan z tej tragedii a tu trzeba działać.
- I działamy. Robimy co możemy. Wszyscy. I zajmiemy się tym już jutro, jak tylko skończymy dzisiejsze wybory. Albo skończy to ten, kto dzisiaj wygra. Czyż nie? – burmistrz uśmiechnął się pod nosem. Już nie był tym płaczliwym człowiekiem sprzed tygodnia. Tym razem zdawał się mieć plan.
Przed ceremonią- Co do wyborów to wszystko gotowe. Urny w budynku dla nas i zaproszonych gości są. Ludzie do głosowania na mieście też już są gotowi. Bankiet prawie gotowy. Wydaje się, że teraz pozostało głosować – mag popatrzył na wszystkich. – I mam nadzieję, że każdy zagłosuje tak, jak mu będzie mówiło sumienie.
- Czy ktoś jeszcze ma do dodania zanim udamy się na bankiet? – spytał burmistrz. A gdy nikt nie podnosił głosu dodał – to w takim razie zapraszam państwa na salę bankietową, gdzie poczekamy na wysłannika. Zapraszam.
Niektórzy dość chyżo ruszyli do drzwi. Ale zaraz się cofnęli, gdy wparował przez nie kapłan Sigmara. Był w swojej paradnej zbroi, z młotem i z płomieniem w oku. Na zewnątrz czekali jego przyboczni, odziani jedynie w skóry i skórzane pejcze. Wszedł do środka i z hukiem zamknął drzwi.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam państwu.
Wszyscy z lekkim strachem spojrzeli po sobie.
- Wiem, że nie miałem za dużo czasu dla was ostatnio, ale sami wiecie, że nikt nie ma tylu obowiązków co Sigmar. Całe Imperium na głowie.
- Wielebny Guntherze, właśnie skończyliśmy, więc jeśli chciałbyś o czymś powiedzieć przed wyborami to mów. Potem zapraszam na bankiet – powiedział spokojnie burmistrz.
- Chciałem tylko życzyć wszystkim udanych wyborów i mieć nadzieję, że Sigmar wygra.
- To zapraszam zatem – raz jeszcze burmistrz zachęcił wszystkich i wskazał im drzwi.
Bankiet był przygotowany z iście nulnejskim rozmachem. Gdy wysłannik przybył do ratusza w szpalerze mieszkańców był prawdziwie zaskoczony przyjęciem. Wraz z nim w orszaku była gwardia rycerska, kilku urzędników w odświętnych strojach oraz dostojny szary mag, z oznakami wyższych dostojników cesarskich. Zdawało się, że większego majestatu poza Elektorami i Cesarzem już nie można spotkać w tak małej mieścinie. Na dziedziniec wytoczono beczki z piwem, ustawiono stoły z mięsiwem, podczas gdy cała śmietanka towarzyska Ubersreiku miała bawić się w Sali bankietowej ratusza.
Czujne oko wysłannikaNie mogło tam zabraknąć też drużyny. Dzięki zaproszeniom zdobytym u Saponatheimów weszli do środka, a dzięki odświętnym strojom udało im się wmieszać w tłum. Trudno jednak było mówić o wmieszaniu skoro byli tu obecni wszyscy, którzy byli na świeczniku w mieście i których czujne oczy elfa lub Gantza wypatrywały na ulicach. Każdy w napięciu czekał na to, co się może zdarzyć. Miano tego wieczora dokonać wyborów nowych władz miasta i z całą pewnością wynik nie jest jednoznaczny. Dzięki fiolce do wielebnego Heinricha mag ustalił, że kapłan Sigmara to doppleganger. Otrzymali jednak instrukcje od Rezydenta by czekali na to, co będzie się działo na przyjęciu. Obecnie wszystko jest dograne i trzeba tylko nie ulec żadnej prowokacji. Dlatego Giuseppe skwapliwie skorzystał z tego i zajął się uroczystością. Przejrzał bogato zastawione stoły, rzucił okiem na ludzi Johana, którzy pojawili się w znacznej ilości i obserwował gości. To samo czyniła reszta licząc, że wreszcie wszystko się skończy właśnie dziś.
Gdy nastała odpowiednia pora, cesarski wysłannik wraz ze swoją świtą pojawił się w sali i zasiadł na honorowym miejscu. Po jego prawej stronie zasiadł wysoki urzędnik o nieznanej dla nikogo pozycji zaś po lewej ktoś znaczny z kolegium i to w dodatku Szarej magii. Johan podszedł do niego i złożył swoje uszanowanie podobnie uczynili burmistrz oraz wielebny Heindrich. Burmistrz przywitał gościa oraz zarządził głosowanie. Wniesiono na salę urnę oraz worki z kilkoma kolorami kulek. Kolor odpowiadał kandydatowi, którego się wybrało i tą kulę trzeba było wrzucić do urny a resztę kul oddać. System prosty i nadzorowany zarówno przez kapłana Vereny jak i Johana. Jednak zanim fizycznie doszło do momentu głosowania, głos zabrał Johan.
- Szanowny Mistrzu, panie i reszta przyjezdnych gości a także wy tu zebrani. Dzisiaj mamy wybrać przyszłość miasta i wierzę, że każdy w ciągu ostatnich dni zadawał sobie to pytanie: „Kogo wybrać?” Czy wrzucić zieloną kulę i poprzeć ród Saponatheimów? Miasto wiąże z nimi wielkie nadzieje handlowe ale handel to nie wszystko. Pamiętajcie, że miasto to rolnictwo, to kopalnie i wreszcie ludzie, którzy trzymają to w ryzach i sprawiają, że wszystko się kręci. Czy ludzie z Bogenhafen będą o tym pamiętać? Czy Ubersreik nie będzie li tylko pozycją na Powóz Saponatheimówdokumencie, który zostanie przedstawiony Głównemu Kasatowi w Altdorfie? Pamiętacie zapewne te scysje między nimi, kiedy to miasto musiało przyjmować uchodźców ze spalonych wiosek i wysyłać waszych synów do walki o swoje prawa właśnie przeciwko szacownemu rodowi z Jeleniem w herbie. Kto wie, czy Grundberg czy inne miasto nie padnie ofiarą podobnych praktyk i wtedy sami wiecie, kto będzie chodził do lasu i nękał naszych, do niedawna, sojuszników. Tuszę, że braliście to pod uwagę.
Johan przeszedł na drugą stronę sali przykuwając uwagę każdego. Jego ludzie pilnie patrzyli na zgromadzonych i wychwytywali wszelkie dziwne oznaki zachowania. Szczególnie przypatrywano się kapłanowi Sigmara, który póki co nie sprawiał wrażenia kogoś niespełna rozumu lub kogoś obcego.
- Może zastanawialiście się czy wrzucić czerwoną kulkę? Wiele osób na sali pamięta wydarzenia, którym zawdzięczamy naszą wolność gdy ród Holzenauerów stawał w obronie naszych granic. Chwała im za to, bo ich wkład w wolność jest niezaprzeczalny. Tylko czy sprostają władaniu miastem? Czy ród, który od wieków trudni się wojenką i nie posiada własnych ziem jest w stanie pokierować miastem, które dostarcza do skarbca Imperium złoto w dużych ilościach? Władanie miastem to nie jest taktyka bitwy, podejście przeciwnika i zmiażdżenie go zbrojnymi. Wiecie to wszyscy a szczególnie szacowny Alfred Karstadt, który kieruje gildią kupiecką. Polityka to nie wojna, choć jej wynik jest taki sam to jednak działa innymi środkami. I wierzcie mi, nie są to środki znane z pola walki. Czy zatem ród Holzenauerów jest w stanie sprostać takiej odpowiedzialności i znaleźć się w polityce tak, jak na polu bitwy. Dokonania ich przez ten czas, który są w naszym mieście wydają się przeczyć. Pewnie działania nadal są wykonywane tak, jakby to było pole bitwy a kilka typowych dla polityki zagrań zostało niedostrzeżone i działało przeciwko rodowi. Na wszystko posiadamy dowody i jeśli tylko szacowni goście będą chcieli zerknąć to są gotowe do wglądu.
Kilku gości popatrzyło na siebie ze zdziwieniem. Jeszcze inni popatrzyło na resztę z obrzydzeniem. A Johan kontynuował.
- I wreszcie zło ta kulka naszych patronów i ludzi z naszego miasta czyli ród Aschaffenbergów? Pewnie mają najwięcej zwolenników bo są nasi, ale czy są przez to najbardziej pożądani jako nowi władcy miasta? Pewnie by tak było gdyby nie efekt pewniej brudnej gry, której się podjęli i której efektem miało być przejęcie władzy i działanie na szkodę wszystkich innych kandydatów. Ja rozumiem, że polityka rządzi się swoimi prawami, ale to nie znaczy, że mamy działać jak zwierzęta. Jątrzenie, podkładanie fałszywych tropów i zeznań oraz, co najważniejsze, działanie na szkodę miasta. Tak, miasta. Uważają się za pobożnych a nie zauważyli komu się kłaniają. Wszyscy widzieli jak składali wota Sigmarowi i jak żarliwie się modlą. A wiecie kogo tak naprawdę popierali? Wielebny Guntherze, proszę wstań.
Kapłan Sigmara wstał, ale minę miał bardzo zdziwioną i jakąś taką naprawdę dziwną.
- Przykro mi to mówić zgromadzonym, ale to jest moim obowiązkiem – wskazał palcem na stojącego człowieka w szatach Sigmaryty. – To nie jest wielebny Gunther, którego znaliście. To stwór chaosu, który otumanił wszystkich i chciał zagrać na nosie całemu Imperium.
DoppelgangerPomocnicy rezydenta rzucili się w stronę otumanionego zmiennokształtnego. Mieli już założone srebrne rękawice, którymi pochwycili go i od razu spętali. Stwór jeszcze chwilę stał spokojnie, ale potem rzucił się w więzach przytrzymywany przez pewny chwyt kilku par rąk. Jego twarz zaczęła się zmieniać przeobrażając się w coś szarego i bezkształtnego która to masa czasami przypominała twarze kapłana lub nowicjusza oraz innych ludzi, których nie udało się rozpoznać. Szybko wyprowadzono go z sali po czym zapadła cisza.
- Jak widzicie miasto działało zawsze próbując ogarnąć chaos wywołany przez ludzi i istoty, które chciały to wykorzystać do swoich celów. Są tu na sali ludzie, którzy nie szczędzili siebie by dowiedzieć się rzeczy, którymi dysponujemy na temat każdego z kandydatów. Nie powinno to wypłynąć na wynik wyborów bo przecież macie już swoich faworytów a to krótkie podsumowanie, powinno tylko rzucić na to wszystko trochę więcej światła. Jako miasto jesteśmy i nadal będziemy zobowiązani do przestrzegania prawa i dbania o to miejsce jak o swoje własne. My nie mieliśmy czasu na kampanię wyborczą bo mieliśmy miasto do prowadzenia. My nie mamy wolnego by przygotować się bo ciągle coś się dzieje. Jeśli to doceniacie to wrzućcie białą kulę do urny. To ostatni z kolorów. To miasto. To my. Dziękuję bardzo.
Burmistrz wstał z krzesła i zajął miejsce Johana.
- Zapraszam do głosowania. Macie państwo cztery kule różnych kolorów. Jedną wrzućcie do urny a resztę do worka. Wygra ten, którego kolor będzie w większości. I niech wygra najlepszy.
Po czym ludzie ruszyli do głosowania. Odbywało się to w szeleście szat, szuraniu butów i pochrząkiwaniu. Wreszcie zakończyło się i urna znalazła się przed wysłannikiem. Dwóch pomocników wysypało jej zawartość do misy i było widać, kto przeważa. Najwięcej było kul białych i czerwonych. Inne kolory nie wpadały tak w oko, ale wszystko zostało skrupulatnie policzone przez nieznajomego siedzącego po prawej stronie wysłannika. Trwało chwilę liczenie po czym do środka wniesiono dużą urnę z zewnątrz, gdzie głosowali prości ludzie czyli zwykli mieszkańcy miasta. Głosy z niej również zostały policzone. Mężczyzna zapisał coś na kartce pergaminu i podał dla wysłannika Imperatora. Ten pokazał kartkę dla arcymistrza Szarej magii, który spojrzał tylko przelotnie i również skinął głową. Wszyscy usiedli i wysłannik zabrał głos:
- Rządzący Ubersreikiem, goście miasta i cały prosty lud czekający przed wrotami tego budynku. Chciałbym podziękować za ugoszczenie mnie tak, jak na to nie zasługuję bo jestem jedynie sługą Imperatora. Jednak sprawy którymi się zajmuję są dalekie poza wyobrażeniem kogokolwiek i każda ulga w nich jest dla mnie jak miód. Dziękuję wam bardzo a za mną nasz ukochany Imperator. Przyglądałem się wyborom, racjom i wam. Wszystko odbyło się tak, jak to jest przewidziane w prawie i Sigmar na pewno jest z tego dumny. Zatem cieszcie się ludzie, bowiem macie nowego władcę. A jest nim… dotychczasowa Rada Miasta. Doceniliście ich wkład w miasto i wiecie, że zmiany nie potrzebujecie. Okazaliście się lojalni władzy co mam nadzieję wyjdzie wszystkim na dobre. Cieszy to, że potraficie być czujni i nawet to, co znane, jest poddawane wątpliwość jeśli takie są okoliczności. Mimo wszystko dziękuję również uczestnikom wyborów. Macie teraz doświadczenie i wiecie, na co kłaść nacisk. Martwi sprawa kapłana Sigmara, ale sądzę, że tym zajmie się już sam kościół. Dla jednego uczestnika wyborów Imperator przygotował już kawałek ziemi z zamkiem w północnym Reiklandzie, gdzie wreszcie będzie w domu. Mam nadzieję, że Holzenauerowie docenią ten gest i będą nadal służyli Imperium tak godnie, jak dotychczas. Reszcie pozostaje dotychczasowe życie i próba podjęcia kolejnej takiej szansy, jeśli się nadarzy w przyszłości. Dziękuję wszystkim. W imieniu Imperatora! Niech żyje Sigmar!
Wiwat Sigmar
- Sigmar! Sigmar! Sigmar! – niosło się przez salę bankietową i było słyszalne na zewnątrz, gdzie wieści już zdążyły się rozejść. Ród Aschaffenbergów wyszedł z przyjęcia z minami dalekimi od radości. Za to von Brunnerowie promienieli. Przepijali do wszystkich i widać było, że choć nie brali udziału w wyborach, to byli zwycięzcami. Reszta towarzystwa też zachowywała się adekwatnie do swoich sympatii politycznych. Saponatheimowie nie zmartwili się za bardzo przegraną gdyż nadal będą handlować na dotychczasowych warunkach. Ludzie ze smokiem w herbie też byli zadowoleni bowiem mają ziemie i mają coś swojego. Nadanie cesarskie to coś dużo pewniejszego niż elekcja i dawało większe poczucie własnej wartości. Wszyscy zajęli się jedzeniem, rozmowami i chyba odetchnęli z ulgą. Z całą pewnością zrobiła to trójka stojąca nieopodal wysłannika i wznosząca skromy toast. Johan, burmistrz oraz kapłan Vereny.

View
Ubersreik, Zachodni Reikland 17 Vorgeheim 2588
10

Ubersreik
W Imperium grozę wywołują berserkowie. To ludzie w szale bitewnym, którzy mimo obrażeń i beznadziejności, są w stanie walczyć do ostatniej kropli krwi. W ich wykonaniu jest to dosłowne i to jest właśnie przerażające. Nikt, kto widział atak berserków, nie może powiedzieć, że wie, co to jest szał bitewny. Przekrwione oczy, ręce zaciśnięte niemal do krwi na stylisku topora, wściekły krzyk w krtani oraz piana na wykrzywionych ustach odsłaniających zęby. Wszystko to za sprawą naparu przygotowywanego przez szamanów. Jego skład jest nieznany i jednocześnie zadziwiający bowiem skąd cokolwiek na tej lodowej pustyni. Jednak nie raz mogłem się przekonać, że choć pozornie jest to pustynia, to kryje ona w sobie zadziwiająco dużo złóż, roślin i zwierząt, że o innych tworach i stworach nie wspomnę. Wspomagani przez napar wojownicy są w stanie przełamać najzacieklejszą nawet obronę i choć sami cierpią wielkie rany, to przysługują się oni całemu klanowi. Jak zdążyłem zauważyć, niektórzy nie potrzebują naparu by wprowadzić się w taki stan. To efekt wielu setek lat walki i utrzymywaniu rodowych wojowników, którzy zdają się wypijać szał bitewny z mleka matki. To najstraszniejsi z wojowników i najodważniejsi ludzie Północy.
Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom I, str.214

- Panowie, sytuacja robi się coraz bardziej skomplikowana. Informowaliście mnie o cząstkowych działaniach, ale trzeba to omówić w szerszym gronie Rady. Nie ma z nami kapłana Sigmara ale jego nieobecność jest usprawiedliwiona. Wszystkich proszę o maksymalne skupienie i uwagę. Do wyborów zostało niecałe dwa tygodnie i nie możemy pozwolić by miasto na tym straciło. Cesarski wysłannik nie będzie podzielał naszego optymizmu jeśli chodzi o zabezpieczenie tego wydarzenia. A od siebie dodam, że wkład niektórych w to wydarzenie jest niewspółmierny do jego rangi. Pamiętajcie, że musimy dołożyć wszelkich starań by odbyło się to zgodnie z prawem i zgodnie z odczuciami wyborców, w tym nas także.
- Nie wiem czy to się uda – zabrał głos najważniejszy w gildii kupieckiej.
- Twój brak wiary w to jest niepokojący panie Karstadt – to jedno zdanie kapitana Bluchera zabrzmiało jak zgrzyt miecza na tarczy.
- To nie jest kwestia wiary tylko uważna obserwacja. Rody wzięły się za łby. Są kolejne trupy, są kolejne podchody i są kolejne oskarżenia. Czy nasze prawo coś robi w tej kwestii?
- O to się proszę nie martwić. Sprawę pobicia badamy i możliwe, że na dniach już będziemy wiedzieć kto stoi za tą sprawą. Morderstwo Stephena Meyera to już poważniejsza sprawa. Mieliśmy podejrzanych, ale z braku dowodów zostali zwolnieni. Jednak nie sądzę by to byli oni. Ród von Brunnerów nie ma dobrej passy w mieście a ich spór z Aschaffenbergami nie jest niczym nowym ani sekretnym.
Godło Aschaffenbergów- Dlaczego ci ludzie, których wypuściliście, znów działają tam, gdzie nie powinni. Widziano ich w kanałach, widziano niedaleko siedziby naszej gildii i obserwowali nasz budynek. Kręcą się na placu, chodzą do świątyni Vereny i nawet odwiedzają naszego szanownego maga. Może to jest jakiś spisek, który chcemy wkręcić by zachować stołki?
- Szanowny panie Karstadt, prosiłbym nie sugerować niczego tylko wysłuchać co ma reszta do powiedzenia. Oni akurat najwięcej w tym siedzą więc sądzę, że rzucą nieco światła na to, co dzieje się w mieście – burmistrz jak zawsze musiał studzić towarzystwo i obawiał się, że z każdym dniem będzie coraz trudniej.
- Straż miejska współpracuje z rezydentem i wielebnym Heindrichem bo są kompetentni i bez nich nie dało by się dowiedzieć tego, co już wiemy. Zacząłem ja, bowiem moich ludzi widać wszędzie. Patrolujemy miasto, pilnujemy ludzi kapłana Sigmara na głównym placu i mamy oko na bramy miejskie. Do tego doszło jeszcze sprawdzanie kanałów co może okazać się trudne z uwagi na nieznany charakter zagrożenia. Ten jeden niefortunny przypadek pobicia to tylko część tych wszystkich razów, które zakończyły się udanymi interwencjami. Moi ludzie już teraz robią po dwie zmiany. Nie mam ich za wielu więc staram się skupiać na tym, co ważne. Może nie jesteśmy wszędzie, ale wszelką pomoc przyjmujemy. Gdyby wszyscy przeznaczyli jakieś środki do ochrony lub pomocy, to byłoby łatwo.
- Rozumiem to, ale przynajmniej portem nie musi się pan martwić kapitanie. Karawany mają swoją ochronę, statki również a i w porcie mam oczy i uszy pilnujące naszych interesów. Kupiectwo to podstawa i jeśli to zostanie zabezpieczone, to miasto przetrwa. Nie ukrywam, że dzięki Saponatheimom jest to łatwiejsze a i wyjątkowo kilku niezależnych ludzi wrogich nam dotychczas teraz nam pomaga. Może o moim wkładzie się nie mówi i go nie widać, ale mogę zapewnić, że jest – Alfred Karstadt opadł na krzesło po tym, jak w miarę mówienia podnosił się coraz bardziej zapamiętany w swoich słowach.
- W to nikt nie wątpi, mistrzu Alfredzie. Dlatego tu jesteśmy by wymienić się wszystkim, co mamy i co znamy. Dziękujemy za to, co robisz i mam nadzieję, że tak będzie do wyborów. Johanie, co twojej części miasta słychać?
- Kapitan już wspomniał o śledztwach, ja powiem o tropach. Jeden wskazuje na Holzenauerów, ale wiemy że to fałszywka. Ktoś próbuje ich wrobić i coraz większą pewność mamy w tym, że to może być sprawka Pieniądze wiadomo....Aschaffebergów. Ich działalność szpiegowska jest naprawdę duża. Ich człowiek zdaje się być wszędzie i działać wszechstronnie. Nie wykluczamy, że to oni maczali palce w zabiciu Stephena Meyera, majordomusa rodu von Brunnerów a nieoficjalnie ich szpiegiem. Jego zabójstwo przez ludzi, którzy zostali wypuszczeni z więzienia, jest wykluczone i szukamy dalej tropów. Jak wiedzie, ostatnio był z nami wielebny Gunther, ale dziś nie mógł dołączyć. Powiedział też, że na razie nie będzie uczestniczyć w Radzie, gdyż musi zakończyć sprawy kościoła. Chciałbym tylko wam powiedzieć, że uzasadnione podejrzenia co do jego nowicjusza się sprawdziły. To był zmiennokształtny…
Ciche „ach…” przemknęło przez salę i zakończyło się ciszą przerywaną przez śpiewy flagellantów zza okna.
- Tak, dobrze słyszycie. Wielebny był czujny i podejrzewał chaos w naszych szeregach. Podejrzewał wszystkich, o czym może zaświadczyć zarówno wielebny Heinrich jak i szacowna Marianne. Niestety okazało się, że było to znacznie bliżej niż myślał. Musiał to załatwić we własnym gronie i w zgodzie z własnym sumieniem dlatego dziś nie ma go z nami.
- Zapewne pamiętacie nasze scysje – zabrał głos kapłan Vereny. – Zbiór ksiąg zakazanych, którym dysponuję, a który należy do zakonu Vereny, od zawsze stał kością w gardle. Nie mogę z tym zbiorem robić nic, bo nie należy do mnie tylko do kościoła, ale muszę go strzec jakby był moją własnością. Ta informacja i moja postawa bardzo nie podobała się wielebnemu Guntherowi. O tym wiecie i to już tłumaczyłem. Do tego doszły jeszcze ostatnie podejrzenia wobec zakonu Shally, ale zostały one duszone w zarodku. Z relacji osób, które pilnie przypatrywały się Guntherowi wynika, że przeszedł on załamanie z powodu swojego nowicjusza. Nie chciałbym zagłębiać się w zbędne szczegóły, ale sama natura zmiennokształtnego lub dopplegangera wymaga, by właściwy cel został usunięty a on sam zajmuje jego miejsce. To odkrył kapłan po czym ludzie maga, szukając w kanałach, odkryli prawdziwe ciało nowicjusza. Zatem wszystko co robił, robił nie jako nowicjusz a jako nieprzyjaciel. Jest kwestia czy działał on na zlecenie, co jest bardzo wątpliwe, czy jednak liczył że w zamieszaniu uda mu się wejść w struktury miejskie by potem to wykorzystać do swoich niecnych planów.
Mruczenie przetoczyło się przez salę po raz kolejny. Kolejne rewelacje były lepsze niż miejskie plotki a zebrani wokół ludzie nie stronili od jednych i od drugich.
- To już przynajmniej coś jest wiadomo – szef gildii kupieckiej dodał już znacznie spokojniej. – Tylko co z tymi kanałami. Moi ludzie wspominali coś o jakichś niepokojących dźwiękach, które stamtąd dochodzą.
- Badamy to – kapitan też nie był już w wojowniczym nastroju. – Mamy tropy i kilka poszlak. Jeden z domysłów jest tak przerażający, że nie będę o nim wspominać by nie wywoływać paniki, ale na szczęście jest on już zaliczany jako kolejna prowokacja.
- A co tam miałoby być? Szczury? – tym razem odezwał się szef gildii rybackiej.
- Tak, szczury. I nie tylko one. Może nawet coś większego.
- Czyli co, coś co było kiedyś w Nuln? Jak one się nazywały, Szczureny?
- Skaveny – poprawił kapłan Vereny. – Przerażające w swojej determinacji i potworne w swoim zmutowanym wyglądzie skrzyżowanie człowieka i szczura. Mają na swoich usługach równie przerażające stworzenia i istniało podejrzenie, że to właśnie jedno z nich było słychać. A ponieważ nigdy nie występują bez swoich panów, to mogli być oni. Jednak już wiemy, że to nie oni. Na szczęście. Bo ich atak byłby o niebo groźniejszy niż cokolwiek z czym mieliśmy do czynienia tutaj. Ktoś to wszystko wykorzystuje i liczy na zamieszki lub chaos w mieście.
- A na to nie pozwolimy – dodał szary mag. – Każdy z rodów coś szykuje i coś ma w zanadrzu. Magicznie każdy z nich coś posiada i jest naprawdę ciężko w monitorowaniu tego. Będę miał niedługo pomoc ale do tego czasu musimy sobie radzić. Korzystamy z każdej pomocy, która jest dostępna.
- My krasnoludy, doceniamy to, co dzieje się w mieście i będziemy pomocni na tyle, na ile się uda. Wiemy, że nasza karczma była wykorzystywana przez różny element, ale my odcinamy się od tego. Teraz normy bezpieczeństwa zostały zaostrzone. Nie wpuszczamy już osób czarujących ani mających do czynienia z czarami. Z resztą przeciwników sobie poradzimy – Rogni poklepał wymownie stylisko swojego topora.
- To ja jeszcze nadmienię, że często ostatnio widuję coś dziwnego na ulicy. To znaczy nie ja, ale moi ludzie. Chodzi o dziwne światło unoszące się nad ulicą. To nie jest pochodnia ale i nie lampa. Nie rzuca światła, ale ewidentnie się pali. Widać to w nocy. Ze sposobu poruszania się światła można wnioskować, że to może być Johann Brass szef metalurgówniesione przez człowieka – po raz pierwszy przemówił Johann Brass, głowa gildii metalurgów.
- Przyjąłem – powiedział mag. – Mieliśmy doniesienia z różnych części miasta o czymś podobnym. Także z kanałów. Badamy to, ale wydaje się to być efekt uboczny czarów. Podejrzewam kto to może być i jest to znana mi postać, dlatego nie ma powodów do niepokoju. Ale to świadczy o tym, że jesteśmy czujni i o to chodzi. Nikt nie może nas zaskoczyć.
- To skoro o czujności mowa, to pragnę nadmienić, że na dniach do portu zawinie fregata „Ferdinand” – powiedział to Alfred. – Doniósł mi o tym jeden z moich kamratów, odpowiedzialnych za handel z Altdorfem. Fregata ma papiery dyplomatyczne i nie można wejść na jej pokład. Płynie z Marienburga i chyba wiecie, co to może oznaczać.
- Elfka? – wyrwało się burmistrzowi.
- Tak, może. Ale nie wiecie jeszcze najważniejszego. Wiedzie pod czyją banderą jest ten statek?
Cisza znaczyła, że nikt nawet nie próbował zgadnąć.
- Co wam mówi czarny krzyż na niebieskim polu? Nic? To pozwólcie, że wam powiem, a szczególnie tobie, panie magu. To bandera rodu von Radtke. Zatem chyba to nie kwestia dyplomatki…
- Von Radtke tutaj? Po co? Czy to sprawdzona wiadomość? – szary mag wykazywał oznaki zdenerwowania.
- Wypłynęli z Altdorfu kilka dni temu. Statek hanzy widział fregatę w Grundburgu zatem jeszcze może ze dwa dni i będzie u nas w porcie. Podobno ma wszelkie pozwolenia i noty dyplomatyczne wystawione przez rządzących Jałowymi Ziemiami. Nikt tam nie mógł zajrzeć a statek poza żarciem nie jest niczym ekwipowany. Moi obserwatorzy wspominają o magicznej aurze, która czasami spowija ten statek. Zatem nie ma mowy o pomyłce. Jeśli to jest prawdą, to co może nas czekać?
Rezydent magiczny miasta Ubersreik zasępił się.
- Von Radtke… To ród, który został wygnany z Imperium wiele setek lat temu, jeszcze za czasów Trzech Cesarzy. Członkowie rodu parali się magią, a sami wiecie, że w tym czasie nikt nie słyszał o kolegiach a magia była żywiołem dla najodważniejszych. I wydaje się, że von Radtke do takich należeli. Magią niszczyli, tworzyli, zabijali i rozwijali. Kierowali się li tylko własnym dobrem więc zostali wypędzeni i osiedlili się na północy Imperium. Z tego, co wiadomo, to brali czynny udział w secesji Jałowych Ziem i walnie przyczynili się do uzyskania przez nie niepodległości. Potem i stamtąd musieli uciekać co przeniosło ich jeszcze dalej na północ. Imperium było wolne od zapędów rodu, ale jak widać nie zawsze i wszędzie. Mówi się, że obecna głowa rodu – Rupert von Radtke – ma dość bezczynności. Wspominano mi o tym na szkoleniu ponad dziesięć lat temu w Altdorfie. O odwiecznych wrogach Imperium nie zapomina się tak łatwo.
- Johan? Co w takim razie mamy robić? Co to może znaczyć? – burmistrz był bardzo przestraszony.
- Nie wiem Ernście, nie wiem. Przygotujmy się tak jak zawsze. Zróbmy miejsce na nabrzeżu tak, by nikt nie sąsiadował z „Ferdinandem”, ograniczmy wszelkie kontakty z nimi. Jeśli będą coś chcieli to niech to wyjdzie od nich. Jak tylko przybiją, to będą pod dyskretną obserwacją. Prosiłbym tutaj szacownego Fritza by dał ze dwóch ludzi to obserwacji.
fregata Ferdinand- Się wie. Rybacy nigdy się w oczy nie rzucają, a mają oczy jak brzytwy. Będą na twoje usługi.
- To jedno. Panie burmistrzu, prośba o słowo od doradcy, może coś będzie wiedzieć, czego nie wiemy. Obecnie możemy spodziewać się najgorszego, ale lepiej sprawdzić wszystko i wszystkich – Johan najwyraźniej zyskiwał rezon.
- Jasne. Z każdym dniem robi się coraz gorzej. Już niech będzie po tych całych wyborach. Jeden Sigmar tylko wie, jak to się skończy – burmistrz miał już lekko płaczliwy głos.
- To jeszcze ja wtrącę coś ze swojego podwórka – odezwał się Schadrach Burke, kapłan Morra. – Nie możemy pozwolić by palono zwłoki na głównym placu. To nie jest miejsce po temu ani dobre okoliczności. Ja rozumiem, że wielebny Gunther odcina się teraz od wszystkiego, ale nie powinien zaniedbywać takiej ważnej rzeczy.
- Przekażę mu Twój głos wielebny – Heinrich odparł spokojnie. – Teraz to nie jest najważniejsze, ale przy śmierci trzeba zachować obrządek.
- Skoro już tylko takie sprawy się pojawiają, to zakończmy na dziś i spotkajmy się za tydzień. To będzie tuż przed głosowaniem więc niech każdy się stawi to przegadamy jeszcze to, co zostanie. Dziękuję i niech Sigmar ma was w swojej opiece – zakończył burmistrz.
Członkowie rady wstali od stołu. Jeszcze porozmawiali chwilę między sobą a potem zaczęli opuszczać pomieszczenie. Zwyczajowo został burmistrz, który najwyraźniej był przytłoczony informacjami, które dziś zasłyszał oraz kapłan Vereny i szary mag, którzy to rozmawiali cicho. Gdy wszyscy wyszli podeszli do burmistrza i usiedli przy stole.
- Z tym von Radtke mogą być problemy. Marienburg, elfka, nota dyplomatyczna to za bardzo jest powiązane by było tylko zbiegiem okoliczności. Dołożymy wszelkich starań by zażegnać to, co wisi w powietrzu. Przygotujemy na wszelki wypadek wyniki śledztwa i wszelkie dowody. Nikt nie będzie mógł nam zarzucić bezczynności czy zaniedbań – Johan tłumaczył wszystko cierpliwie.
- Tym bardziej, że już wiem z całą pewnością, że noże to tak zwane „dziady”. W rękach innych niż mroczne elfy powodują gwałtowne starzenie. Trzymając te noże w rękach można się zestarzeć w oka mgnieniu. Pewnie dlatego na miejscu zdarzenia były dwa zasuszone szkielety przybite do ściany tymi nożami. Zatem to było zabójstwo choć tylko ochrony lub towarzyszy elfki. Samej elfki nie było tam. Możliwe, że uciekła przez portal, którego resztki były na podłodze. To mamy zabezpieczone i będziemy mieć na wszelki wypadek, jeśli ktoś zapyta – kapłan zawtórował magowi.
- Burmistrzu, sprawdziliśmy też trop tajemniczego osobnika, który oddalił się z miejsca zdarzenia. Jego ślady urywają się w pobliżu siedziby metalurgów, ale nic nie znaleźliśmy. Nasi ludzie również. Jakby rozpłyną się w powietrzu. Teraz już nic nie znajdziemy i wątpię byśmy jeszcze coś w tej sprawie znaleźli chyba że zdarzy się coś jeszcze.
- To przynajmniej tyle – burknął Ernst Maler. – To statek mamy uzgodniony. Co z tymi morderstwami? Von Brunnerowie naciskają na mnie żądając wyjaśnień. Ja wypuściłem podejrzanych i nie mamy nikogo więcej. Co z tym zrobimy?
- Morderstwo na zlecenie. Podpadł komuś i się doigrał. To pewnie wpisane jest jako choroba zawodowa ale niestety zdarzyła się w najmniej oczekiwanym momencie. Gdybym był czarnowidzem, to bym powiedział, że zabójstwa dokonała ta sama istota co domniemane zabójstwo elfki. Jednak czuję, że tak nie jest – mag podrapał się w głowę. – Jak tylko przyjadą moi ziomkowie, to powinienem więcej wiedzieć. Im więcej nas tym wiatry magii bardziej łaskawe.
- To co mam powiedzieć Lordowi Heissmanowi? On już ma swojego podejrzanego i będzie jątrzył sprawę Aschaffenbergów do skutku.
- A doradca nic nie wie na ten temat. On zawsze tyle wie…
- To właśnie na jego polecenie zostało dokonane zatrzymanie. Po nocy okazało się, że jednak są niewinni. Powiedział mi, że to nie oni i że sprawa jest bardzo niejasna. Trzeba czekać. Myślałem, że coś będziecie mieli.
- Nie, nic. To panie burmistrzu, proszę im przekazać, że sprawa jest w toku i tyle. Nie mamy teraz takich możliwości by wszystko sprawdzić. Mam na oku jednego człowieka, właśnie od Aschaffenbergów, który mógłby tego dokonać. Miesza się we wszystko, działał z nowicjuszem, z każdą niemal frakcją, z gildiami i przeciwko wszystkim. Gość jest dobry i wiążą go niejasne więzy nawet z Saponatheimami. Osobiście widzę w nim podwójnego lub nawet potrójnego agenta, ale nie mam nic na poparcie moich przeczuć. On mógłby wiedzieć wiele rzeczy. I może wie coś o sprawie Stefena. Tylko że to niewygodny świadek dla von Brunnerów i będzie z tego dym jak to ujawnimy. Lepiej poczekać niż mają tu wybuchnąć zamieszki. To ostatnie czego byśmy chcieli w mieście.
- Jest jeszcze jeden problem panowie – wielebny Heinrich popatrzył na pozostałą dwójkę siedzącą przy stole. – Wielebny Gunther i jego ludzie. Istnieje podejrzenie, że to nie jest on. Nasza drużyna sądzi, że to on jest zmiennokształtny. Teraz, gdy nigdzie nie chodzi i zawsze jest w otoczeniu flagellantów jest to niemożliwe do sprawdzenia. Znalazłem informację, że istnieje ciecz, która może dać odpowiedź na to, czy mamy do czynienia z człowiekiem czy dopplegangerem. Johanie, masz może coś takiego w swoich zbiorach?
- Nie, ale mogę mieć. Moi ludzie mają to ze sobą, bo mieliśmy mieć na przesłuchanie tej istoty. Jak tylko będą to możemy to jakoś wykorzystać. Tylko jak?
- Damy to dla maga. Oni podejdą i przekonają się, czy to jest zmiennokształtny czy nie. Ich nie będzie podejrzewał o nic a nas od razu rozpozna i będzie uważać – Heindrich pokiwał głową. – Powiedziałem im, że coś takiego przygotuję. Jak będziesz to mieć, to dostarcz to do mnie. Resztą już ja załatwię.
- Burmistrzu – Johan zwrócił się bezpośrednio do rządcy miejskiego. – Mam pewien plan odnośnie wyborów i szansy na wygranie w nich. Możemy wykorzystać wszystko to, co dzieje się w mieście dla naszych celów. Dzieje się dużo, wzajemnie oskarżenia, jakieś podchody i zbieranie dowodów. Może by tak zebrać to wszystko i wykorzystać przed wysłannikiem by wykazać, że żadna z frakcji nie zasługuje na rządzenie miastem? Sądzę, że udałoby się zebrać dowody na każdego. Do tego dołożymy domysły, garść stereotypów i w zasadzie wyborcom to wystarczy. To oni zdecydują.
- Działaj Johan, działaj. Jeśli czegoś nie zrobimy to niebo zwali się nam na głowę.
- Tak zrobimy. Teraz wszystkim przyda się spokój i odpoczynek. Chodźmy wielebny i my – rzekł mag i stał szykując się do wyjścia.
Ruszyli razem zostawiając burmistrza samego. Urzędnik mielił w głowie rzeczy i sprawy, których przybywało z każdym dniem. Bał się tego coraz bardziej. Słyszał relacje ludzi i czuł, co chcieli mu przekazać. Czuć było w tym wszystkim obawę. A z drugiej strony doradca uspokajał go mówiąc, że wszystko idzie dobrze i tak, jak to jest zapisane w gwiazdach. Nawet ostatnie niepokoje są w to wpisane. Mówił o bardzo ciężkiej końcówce tych dni, ale za to potem ma już być spokój. Przynajmniej na rok. Musiał mu wierzyć. Tak wiele już zrobić i tak wiele zdarzeń się sprawdziło. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
- Zawsze chciałem zapytać cię wielebny o doradcę burmistrza, czy znasz go może?
- Nie. Słyszałem o nim, ale nie znam. Wydaje się być albo bacznym obserwatorem albo dysponuje magicznymi zdolnościami umożliwiającymi widzenie przyszłości. To może być mag nieba – rzekł niepewnie wielebny. Wyszli na świeże powietrze i odetchnęli z ulgą.
- Nie, to nie mag. Wyczułbym. Z resztą samo jego wspomnienie ulatuje mi z głowy im mniej o tym myślę. Jest w tym coś dziwnego, nie sądzisz?
- Johan, pracujesz za dużo. I jesteś przemęczony. Wiesz przecież jak działają wiatry magii. Skoro jest magia to muszą być wiatry. Jedynym wyjątkiem, choć nie zawsze, to moc boska. Widzisz, że wiatrów wokół jest dużo, ale nie widzisz, kto nimi może rozporządzać. Może dlatego, że to kapłan? Znałem kilka historii o tym jak mag porzucił czarowanie na rzecz wiary. Nie było to liczne bo z tego, co wiem, to takie zdarzenia są pilnie strzeżone przez Kolegia, ale to nie znaczy, że to jest niemożliwe. Rozważ to, zapisz sobie i wróć do tego Johanie – uspokajający głos Heinricha działał jak balsam.
- Chyba tak zrobię. Bo już myślałem, że to może być jakoś związane z wiesz czym. Tą rzeczą, którą mam u siebie – szary mag pomagał wielebnemu. Prowadził go pod rękę, przytrzymywał przy pokonywaniu bruku i pilnie słuchał bo sam czuł, że doszedł do granicy za którą jest już tylko ciemność i niewiedza.
- Już dawno mówiłem, żebyś się tego pozbył. Z tego nie będzie nic dobrego, a jeszcze możesz mieć problemy.
- To nie jest takie proste wielebny. Przecież to jest na składzie u mnie, dał mi to mój mistrz…
- Jakiel, wiem. Szkoda go było bo to dobry człowiek był. Nie zasłużył na taką śmierć. A człowiek, który tego dokonał powinien trafić do najgorszego miejsca kaźni po śmierci. Jemu też mówiłem, by pozbył się tej rzeczy. Nie posłuchał. Posłuchaj chociaż ty. O wiele nie proszę. Nie jesteś do niej przywiązany więc tym łatwiej ci to pójdzie. Pamiętaj, że rzeczy są tyle warte ile ktoś może coś za nie dać. To jest niewątpliwie cenna rzecz, ale nikt nie da ci takich pieniędzy za nią. Oddaj ją przy najbliższej okazji do kogoś i pozbądź się jej. Na pewno coś wymyślisz.
I tak rozmawiając para doszła pod wrota świątyni Vereny. Pożegnali się i rozeszli się każdy w swoją stronę. Mag do wieży zaś wielebny Heinrich do swojej biblioteki. Jeszcze upewnił się, czy mag poszedł do siebie i zamknął drzwi. Podszedł do regału zastawionego książkami. Chwycił grzbiet jednego woluminu i szarpnął. Sekretne drzwi otworzyły się i starzec wszedł do środka. W komnacie pełnej książek stał postument podtrzymujący opasłą księgę przy której stał kałamarz z atramentem. Wielebny podkasał rękawy i chwycił pióro. Potem zamoczył jego końcówkę w czarnym atramencie i zaczął pisać. Skrzypienie pióra wchłaniały księgi, które już niejedno widziały i słyszały. Były świadkami narodzin i śmierci, porządku i chaosu. Teraz patrzyły niemo jak starzec skreśla kolejne słowa w księdze. Końcówka pióra raz po raz nurzała się w kałamarzu a czarnych szlaczków w księdze przybywało. Gdy daleki zegar na miejskiej wieży wybił dziewięć razy starzec skończył. Sypnął piaskiem po dopiero co zapisanej stronie. Złociste iskierki zajaśniały na kilka chwil po czym zgasły. Księga błysnęła na niebiesko i zamarła tak, jak zwykle księgi mają w zwyczaju. Starzec wyszedł z pokoju, zamknął za sobą sekretne drzwi i usiadł w fotelu. Z dolnej półki zdjął drewnianą tabliczkę z dziurkami, w którą były powtykane różnej wielkości kołeczki. Tabliczka była pokryta dwubarwną siatką a Heindrich zwykł o niej mawiać „szachy”. Przesunął jeden ciemnych z kołków pomiędzy dwoma polami i popatrzył na planszę. Pod gęstym wąsem a pomiędzy bujną brodą zagościł uśmiech.
- Twój ruch – powiedział do siebie i odstawił tabliczkę tam, gdzie stała.
- Szach! – powiedział w obcym języku a uśmiech nie schodził z jego oblicza.

View
Ubersreik, Zachodni Reikland 11 Vorgeheim 2588
9

Rada
Mroczne elfy albo Svartalfar, jak nazywają je w Norsce, to niezwykła rasa istot. W Imperium nie są znane tak, jak w miejscach, które cierpią pod ich jarzmem. Ich czarne drakkary przybijają do wybrzeża plądrując miasta, zabierając jeńców i zostawiając resztki krwawych rytuałów. Ludzie z Norski obawiają się ich nie mniej niż trolli albo łupieżczych wypraw zachodnich plemion z Lodowych Pustkowi. Pozornie ludzie z Północy mają tylko śnieg, lód i skóry zwierząt. Jednak to kraina, o którą biją się wszyscy. Mroczne elfy zubażają ją dodatkowo powiększając strach i zostawiając wypalone miejsca po osadach na całym wybrzeżu. Nie znane są wewnętrzne struktury organizacyjne drawalfów. Znane są jedynie przerażające druchii – krwawe przywódczynie oraz elkorgi – potężni wojownicy wiodący swoich pobratymców do walki. Istnieją jeszcze fadachii – sekretni wojownicy. Wysyłani do miejsc spokojnych by siać zamęt i przygotować grunt pod inwazję. W Norsce jeśli ktoś dostrzeże fadachii to podnosi alarm. Osada szykuje się do ataku a część wojowników rusza na poszukiwanie wysłannika by zabić go zanim ten zdąży przekazać informacje. Kto zaniecha takie poczynania ten bardzo boleśnie przekona się o bezwzględności mrocznych elfów.
Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom II, str.87

- Szanowny Johanie, proszę streść krótko sytuację w mieście – powiedział do maga burmistrz choć zwracał się jednocześnie do całego grona Rady.
- Dziękuję – mag szarej magii wstał i popatrzył na zgromadzonych. – Moi drodzy, jak zapewne wiecie, w mieście są już wszyscy kandydaci oraz kłopoty z tym związane. Najpoważniejszy to zabójstwo sprzed kilku dni. Chodzi o zajście w starym zajeździe „Alte Bauer”. Jak niektórzy wiedzą, tam zatrzymało się elfie poselstwo z Marienburga pod wodzą Lorith Silverleaf – szlachetnej elfki z Jałowych Ziem. Jak sami czujecie, to już jest sprawa na poziomie dyplomatycznym i dokładamy wszelkich starań by rozwiązać tą sprawę. Możliwe, że to zakulisowe gierki któregoś z rodów, ale na to jeszcze nie mamy dowodów.
- Skąd wiadomo, że to morderstwo? Nie trafiło do mnie żadne ciało – spytał kapłan Morra, wielebny Schadrach Burke.
Elfi dyplomata- Mamy relację niemal naocznych świadków tego zdarzenia. Jest pewna grupa w mieście, która przynajmniej na razie zaangażowała się w pracę w mieście. Mają świadomość, że odbędą się wybory, choć na razie nie starają się grać tak, by poprzeć którąś ze stron. Wydają się być … pomocni.
- Potwierdzam – wtrącił się w słowo wielebny Heinrich. – Mają w swoich szeregach maga oraz elfa i interesują się tym co dzieje się w mieście, ale nie są jakoś szczególnie tym zainteresowani. Pytają sporo o sprawy magiczne. Jak pojawi się coś więcej z ich strony to dam znać Radzie.
- To właśnie od nich wiemy, że ktoś zakradł się do domu, gdzie przebywała delegacja elfów, po czym wyszedł i przepadł w mieście. Wszystko sugeruje, że zrobił to ktoś, dla kogo taka robota to nie pierwszyzna i kto zna się na rzeczy.
- Panie, pozwolisz, że się wtrącę – kapitan straży Erwin Blucher podniósł rękę na znak, że chce zabrać głos. – Moi ludzie zabezpieczyli teren i mamy relację tych ludzi. Dodatkowo zabezpieczyliśmy całe miejsce choć muszę przyznać, że ciał nie znaleźliśmy. Były dwa zasuszone szkielety ale nigdzie ciała dyplomatki. Oczywiście obecność noży o dziwnej proweniencji sugeruje, że to mogło być zabójstwo na zlecenie, ale póki co pracujemy nad tym.
- Najważniejsze, że nie przyszła żadna oficjalna nota z Marienburga – kontynuował Johan. – Noże mają dość niepokojące pochodzenie, o którym na razie nie chcę wspominać bo ustalam te szczegóły. Noże mam u siebie i są dobrze zabezpieczone. Co do reszty to będziemy śledzić to, co dzieje się na mieście. Pomoc kogoś z portu byłaby nieodzowna – popatrzył znacząco na Fritz Langenhorna, szefa rybaków.
- Hmmm – chrząknął Fritz. – Mam swoich ludzi w gildii u Johanna. Jak coś będą tam działać to powinienem wiedzieć co się dzieje. Jednak nie mogę obiecać bo chłopaki są nerwowi. Chyba sytuacja w mieście też ich w jakiś sposób rusza.
- To chyba tak, jak każdego – mruknął Karlstadt, szef gildii kupieckiej miasta Ubersreik. – Dzięki tym wyborom rośnie zainteresowanie miastem. Ludzie ze zwykłej ciekawości przyjeżdżają by coś zobaczyć. Notujemy większą niż zwykle wymianę handlową. Sporo kupców przybywa do miasta i choć niekoniecznie czymś handlują, to są tu ze zwykłej ciekawości. Może to sama obecność Saponatheimów tak działa. Jednak nie wszyscy zdają się przybywać w pokojowych zamiarach… – jego wzrok znacząco spoczął na kapłanie Sigmara. Ten siedział jakby niewzruszony ale cisza w sali obrad wybiła go ze tej błogości. Popatrzył wokół i dostrzegł szelmowski wzrok szanownego Alfreda.
- Przepraszam, zamyśliłem się. Ostatnio Sigmar ma bardzo wiele rzeczy do przekazania dla mnie i sam wespół z moim pomocnikiem nie daję rady…
- I dlatego sprowadziłeś flagellantów? – kupiec kontynuował zaczepkę.
Sigmaryta ściągnął brwi i znów był w swoim wojowniczym nastroju.
- Przychodzą ci, którzy wierzą w Sigmara. Skoro nie ma ich za dużo w mieście to przychodzą ci, którzy do miasta nigdy nie zaglądają. Możecie mi wierzyć, że ci ludzie nie są czymś złym. Przestrzegają postów, modlą się i są gotowi na to, by bronić wiary w Sigmara. Takim ludziom winniśmy szacunek a nie tylko drwiące słowa i uśmieszki.
Flagellanci- Nikt tego nie neguje. Póki rozpalają ogniska na placu, tam się modlą i nie krzywdzą nikogo poza sobą, to może tak być – zabrał ponownie głos kapitan. – Jednak jeśli zaczną się zamieszki lub ludzie zaczną się skarżyć, to będę musiał zainterweniować. Bezpieczeństwo miasta przede wszystkim. Dodatkowa obecność zbrojnych nie służy niczemu dobremu.
- Ja i Sigmar ręczymy za nich i za ich postępowanie. Nie będą niczego ruszać ani robić jeśli będzie to miłe Sigmarowi. Ale jeśli zobaczymy gdzieś gniazdo pugastwa… – pewnie to nie przypadek, gdy wzrok kapłana spoczął na Verenowcu. Heinrich Gutenberg jak zawsze nic sobie z tego nie robił. Dotychczas siedział milczący i słuchał uważnie. Teraz też nie podjął zaczepki kapłana tylko zwrócił się z inną sprawą.
- To ja bym dodał tylko coś do ważniejszych spraw– tu wypowiedział to słowo z większym naciskiem niż inne podejmując wyzwanie mierzenia wzrokiem z wielebnym Guntherem – to chciałbym coś dodać od naszych ludzi w mieście. Mogę tak powiedzieć, gdyż przychodzą do mnie ze wszystkim i wiem o niektórych rzeczach z pierwszej ręki. O niektórych sprawach mogę porozmawiać tylko z rezydentem z uwagi na badania, które przeprowadziłem i nie chciałbym tu nikogo nimi zanudzać. Chodzi o te noże. W skrócie wygląda to tak, że są one pochodzenia elfiego a konkretnie od mrocznych elfów. To dość niezwykłe z uwagi na odległość jaka dzieli ich od naszego miasta. I nie mamy niczego w mieście, co by ich skłoniło do działań. Możliwe, że pani poseł w jakiś sposób była zaangażowana w to wszystko i postanowiono się z nią rozprawić daleko od Marienburga. Inna sprawa to same noże. Na szczęście nie są to noże wiedźm elfickich ale i tak trzeba uważać na nie. Są magiczne i bardzo niebezpieczne w dla każdego, kto je trzyma.
- Czy to wszystko powiedziały ci panie, te twoje heretyckie księgi? – spytał wielebny Gunther.
Sztylety rytualne- Panowie, prosiłabym o powagę urzędu. Szczególnie dziwię się tobie wielebny – rzuciła w stronę Sigmaryty przeorysza Shally. – Jątrzysz tylko a przecież mówiliśmy już o tym. Twoje zaślepienie w tropieniu chaosu jest godne podziwu ale ociera się niebezpiecznie o fanatyzm i bezmyślność.
- Proszę, proszę – uśmiechnął się kapłan – i sama wielebna Marianne postanowiła zabrać głos. – Jakoś mnie to nie dziwi, że popierasz pani kapłana Vereny. Oboje macie co nieco na sumieniu a wspólne spiskowanie zbliża ludzi.
- Nie będę tego słuchać – oburzyła się kapłanka. Wstała od stołu i wyszła z sali. Po tym wszystkim zapadła cisza.
- Tak nie można – przerwał ją Maler. – Na dziś kończymy, ale proszę cię wielebny na przyszłość, o powściągnięcie języka i nie szafowanie osądami, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Teraz jak nigdy potrzebujemy siebie a Twoje działania powodują, że nie ma porządku tylko właśnie chaos.
- Myślcie co chcecie – tym razem oburzony wstał wielebny Gunther. – Skoro nikt mnie nie słucha to ja nie będę słuchał was. Po co taka rada, która przygląda się tylko jak powoli ale metodycznie rak zepsucia toczy to miasto. Ja do tego swojej ręki nie przyłożę. Ale dołożę wszelkich starań by zniszczyć to zepsucie w zarodku. Z wami lub bez was. Żegnam.
Burmistrz wzruszył ramionami i dał znak do rozejścia się. Wszyscy ochoczo zebrali się i wyszli zostawiając w sali jedynie maga wraz z kapłanem Vereny oraz samym burmistrzem. Ich miny były nietęgie.
- W takim tempie to stracimy panowanie w mieście. Kapłan robi się coraz bardziej nieprzewidywalny – burmistrz popatrzył na pozostałych. – I co w takiej sytuacji? Przecież nie każę go zamknąć bo nie mogę a poza tym ruszą ci jego ludzie.
- Panie – kapłan Vereny splótł ręce na podołku – on próbował zwerbować tych moich ludzi by zajęli się moją biblioteką. To już nie jest tylko widzimisię jednego człowieka ale może być prowokacją i atakiem na instytucje cesarskie. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć, ale z wielebnym Guntherem coś się dzieje. Ludzie na mieście go obserwują i może oni coś będą wiedzieć. Wiem, że na razie jest coś nie tak z jego pomocnikiem.
- Ja też wiem, że kontaktują się z Brunnerami. To bardzo niebezpieczny kontakt i wiadomo w kogo wymierzony – Johan ruszył do okna i wyjrzał przez nie. – Wiadomo też, że Aschaffenbergowie jawnie popierają świątynię Sigmara, jego ludzie pomagają flagellantom, a spore dotacje na ołtarz przeznacza sam Lord Rickard. Chyba wiadomo po czyjej stronie stoi herbowy orzeł rodu. Tylko dlaczego chcą rozbić radę poprzez kapłana?
- Może to coś większego niż tylko kapłan? Nasi znajomi odwiedzali parę razy „Topór i Młot” zatem krasnoludzki przybytek. Widywano tam też człowieka od Aschaffebergów oraz nowicjusza Sigmara. To się zaczyna robić coraz bardziej zagmatwane. Mag wspominał mi, że wynajęto ich do obserwacji zajazdu „Alte Bauer” właśnie stąd. A gdy było po wszystkim, to człowiek ulotnił się. Był on od Saponatheimów choć nie wierzę by to oni stali za zabójstwem. Coś się tu dzieje niedobrego – zamyślił się na moment szary mag.
- Z całą pewnością. Siedzę teraz nad wieloma sprawami i czuję, że coś się dzieje. A skoro już mowa o „Toporze i Młocie” to ten nowy mag widział, lub miał wizję, coś bardzo niepokojącego w nowicjuszu o którym wspominacie. Coś on za często się pojawia, ale to chyba nie przypadek. Widział on jakby nowicjusz nosił w sobie jakiś mroczny sekret, jakby chroniły go jakieś magiczne bariery. Możliwe, że mamy teraz więcej w mieście postaci operujących magią niż dotychczas…
- To prawda – stwierdził Johan. – Poza kapłanami, mamy tego nowego maga i wyczuwam jeszcze zawirowania wiatrów innych. Nie mogę ich sprecyzować zatem ich natura może być również kapłańska. Obserwujemy wszystko, ale póki co nic nie wpadło moim ludziom w oczy.
Burmistrz siedział milczący. Przysłuchiwał się temu wszystkiemu aż wreszcie sam się odezwał.
- Mój doradca mówił, żebyśmy z nowicjuszem nic nie robili.
- Co? – mag nie krył zdziwienia.
Obrady Rady- Mamy nic nie robić. Tak powiedział. Powiedział też, że bardziej przysłuży się nam potem. No, może nie on sam, ale jego dzieło. Cokolwiek by to nie było.
- Panie, skąd masz takie informacje? – tym razem kapłan Vereny nie krył zdziwienia.
- Od mojego doradcy. On zdaje się przeczuwać pewne sprawy i jego nos jeszcze nas nie oszukał. Wspominał on, że to kim jest nowicjusz, będzie do wykorzystania potem. Na naszą korzyść – burmistrz mówił to, ale bez przekonania.
- I co jeszcze wspominał?
- Nic więcej. Uczulił, że będzie więcej incydentów, ale mamy reagować tak, jak zawsze.
- To akurat żadna przepowiednia – żachnął się mag. – W sprawie nowicjusza niewiele możemy zrobić bo na niczym go nie nakryliśmy. Może ta grupa z magiem coś zrobi, to będziemy mogli zareagować. Mistrzu Gutenberg, miej oko na nich i słuchaj co mówią. Mogą się nam przydać. Nie są z miasta i czasami więcej tym można ugrać niż być z wewnątrz.
- Oczywiście. Miasto ponad wszystko. Prawo ponad prywatność – kapłan Vereny zdawał się recytować formułki znane mu już od lat. – Póki co zajmują się kapłanem Sigmara. Może to i dobrze, bo jest on teraz punktem zapalnym. Przy okazji będzie i nowicjusz. A wiecie… tak sobie tylko głośno myślę. Co z tym elfem, co jest z nimi w drużynie? Czy to może mieć jakieś znaczenie?
- Raczej nie. Był już tu wcześniej. Notowany, ale bez recydywy. To margines. Jak wielu ze szlachetnych ras, ten też się stoczył – Johan zdawał się sobie coś przypominać. – Drobny złodziejaszek i kanciarz. On i reszta została zatrzymana kilka tygodni temu za drobne wykroczenia, ale zostali zwolnieni za poręczenie burmistrza. Gdyby miało się coś dziać to już by się działo. Jednak słusznie mistrzu to zauważyłeś. Mamy na niego oko, a w zasadzie nie ja, tylko mój człowiek u Ranalda.
- Myślałem, że oni już opuścili nasze miasto – burmistrz poprawił na sobie kubrak jakby szykując się do wyjścia.
- Nie, nie wszyscy. Obecnie to gildia złodziei i Ranaldowcy są w nim marginesem, ale mają tam jeszcze wpływy. Elf z kumplem weszli do nich więc jakby co, od nich też co nieco będziemy wiedzieć – mag zdawał się być zadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Widzę, że macie wszędzie oczy i uszy. Oby was nie zwiodły – burmistrz wstał i skłonił głowę. – To tyle na dziś. Spotkajmy się za tydzień i omówimy najważniejsze sprawy. Kontrolujcie sprawy i dawajcie mi znać. Współpracujcie z kapitanem i trzymajcie to miasto w kupie bo inaczej nie zostanie tu kamień na kamieniu. Tak nam się przysłużą te wybory.
Widok na UbersreikCała trójka wyszła z budynku Rady i ruszyła do swoich siedzib. Najbliżej miał burmistrz bowiem jego mieszkanie i biuro było w tym samym budynku. Najdalej miał mag, bo musiał przejść na drugą stronę rzeki. Tylko wielebny Heinrich miał w miarę prostą drogę i ciekawe położenie. Przeszedł obok głównego placu, gdzie flagellanci już okładali się skórzanymi pejczami, które ryły czerwone pręgi na pobliźnionej skórze pleców. Niektórzy wznosili zaśpiewy a jeszcze inni pilnowali by ogień nie gasł w ogniskach. Nieopodal stała oktagonalna świątynia Sigmara z wiecznie otwartymi wrotami w których stał teraz kapłan i doglądał swojej trzódki. Był tak zapatrzony w bijących się mężczyzn, że nie zauważył jak chudy i niepozorny kapłan Vereny, bogini prawa i mądrości, przechodzi nieopodal i kieruje się do swojego domostwa. Do swoich ksiąg i wiedzy, wśród której czuje się najlepiej.

View
Ubersreik, Zachodni Reikland 03 Vorgeheim 2588
8

UbersreikHuldagar – tak nazywają w północnej Norsce mężczyzn, którzy nadzorują przygotowanie wojowników do walki w tym doglądają zaopatrzenie, sprawdzają broń i podnoszą morale przed wyruszeniem. Sami nie ruszają na wyprawy ale to na nich spoczywa obowiązek informowania potem kobiet że ich mężczyzna zginął w walce. Żaden inny powód nigdy nie pada choć mógłby by być. Dla Norskmena jedyna akceptowalna śmierć to śmierć w boju, z toporem w ręku i tarczą w drugim.Huldagarzy byli również sprytnymi szpiegami i czasami byli wysyłani do wrogiej wioski by zostali ich Huldagarem. Przygotowana przez niego wyprawa oczywiście kończyła się fiaskiem. Jednak wtedy we wiosce nie było już winnego, który odszedł do swoich. Huldagar zwany też jest czasami Skjorle czyli człowiek podstępny. Termin też jest stosowany do określenia osoby podstępnej, która dla wszystkich jest miła i życzliwa podczas gdy naprawdę ma swój cel, który jest zupełnie inna.
Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom V, str.13

Przeorysza Marianne HertzlichBurmistrz Maler poprawił kamizelkę i popatrzył na zgromadzonych przed nim radnych miasta Ubersreik.
- Panowie i panie – skłonił się nisko w kierunku wielebnej Marianne, przeoryszy kościoła Shally w mieście. – Jak wiecie, za miesiąc mają się w mieście odbyć wybory nowych władz. Jednak tym razem do wyborów mają stanąć kandydaci spoza Rady – zamilkł na chwilę jakby zbierał siły na ciąg dalszy. – Nawet spoza miasta. Cesarstwo jest żywotnio zainteresowane Ubersreikiem choć pewnie bardziej jego podatkami niż ludźmi. Prosperuje dobrze więc jest łakomym kąskiem dla każdego, kto chce się wybić. Rozumiecie zatem, że otwarcie wyborów przez urząd cesarski jest nam nie na rękę.
Tym razem zamilkł na dłużej by świadomość tej nowiny dotarła do każdego.
- I nie chodzi o to, że możemy być niepotrzebni – burmistrz widział kilka spojrzeń powątpiewających i patrzących na niego jak na bezdomnego – ale że przyjdzie ktoś, kto będzie sprawował rządy inaczej niż teraz. Teraz omawia wszystko Rada i jej postanowienia są przez większość akceptowalne, nawet jeśli się z nimi nie zgadza. Jeśli władzę przejmie ktoś nowy, może to zaburzyć. Wtedy decyzje będą tylko jego a my lub wy, zależnie kto zostanie, będą mogli jedynie przytakiwać. Pewnie nie chcecie takiego obrotu sprawy?
Burmistrz Ernst MalerKilka osób pokiwało głową. Wielebny Heinrich głęboko zamyślony kiwnął głową, podobnie uczyniła wielebna oraz szef rybaków Fritz a także krasnoludzki poseł Rogni. Reszta uczyniła to albo opieszale albo wcale. Malera nie ucieszył taki obrót sprawy. To prawda, miał najwięcej do stracenia, ale przecież i oni mieli choć tego jeszcze nie widzą. On przynajmniej wyleci ale oni będą marionetkami i będą musieli godzić się z nową władzą.
- Wiadomo kto będzie kandydował? – spytał Schadrach, kapłan Morra.
- Tak – odrzekł burmistrz. – Jeden ród z miasta – Aschaffenbergowie – po sali przeszedł szmer zadowolenia a może i ekscytacji. – Potem są Holzenauerowie, którzy przyjadą pewnie w tym lub następnym tygodniu i staną w „Orszaku”. Ich pewnie nie znacie, ale mają posłuch u wojskowych oraz całkiem pokaźne zasługi dla Imperium podczas wojen. Ostatnimi są Saponatheimowie z Bogenhafen z odległej części Reiklandu. Handlują z nami i to bardzo często – popatrzył tutaj na Alfreda Karstadta, głowę hanzy kupieckiej – i mają o naszym mieście bardzo dobre zdanie. Wyborom ma przyglądać się cesarski wysłannik oraz kilka innych osób ciekawych sposobu prowadzenia polityki w Imperium.
- Co w takim razie będziemy musieli zrobić? – spytał kapłan Sigmara, wielebny Gunther. W jego głosie było znać butę, żar wiary oraz pewność, że cokolwiek się postanowi to on to wypełni.
- Jak nakazuje prawo – odezwał się starczym ale głośnym głosem kapłan Vereny – miasto musi zorganizować wybory. Rada miejska będzie musiała głosować a za nią każdy z mieszkańców miasta, jeśli będzie tylko chciał. Wyniki wyborów potwierdzi cesarski wysłannik oraz komisarz, który z nim przybędzie. Wynik będzie wiążący i ostateczny.
Kapłan Vereny Heinrich Gutenberg- To przynajmniej wiadomo, co musimy wypełnić jako miasto i jako Rada – podsumował Johan, rezydent kolegialny – ale co my, jako mieszkańcy mamy teraz zrobić? Kogo poprzeć?
- Miasto też jest stroną wyborów – odparł szybko wielebny Heinrich. – Zatem jeśli nie ma się swojego kandydata to można poprzeć poprzednie rządy czyli nasze.
- No właśnie – wszedł mu w słowo Maler–poprzednie rządy. Zauważcie, że wszystko idzie dobrze, hanza ma umowy ze wszystkimi, miasto prosperuje, krasnoludy chcą z nami handlować a wojenki, które mieliśmy, zostały zażegnane. Tego dokonaliśmy. Czy chcemy to zmieniać?
- Może istnieje szansa, że będzie lepiej? – odpowiedział pytaniem Karstadt – Saponatheimowie, jako ród kupiecki, doskonale rozumieją prawa ekonomii i mogą je jeszcze bardziej wykorzystać. Mając takie kontakty jak oni czyli cały rynek Jałowych Ziem i północy Imperium, moglibyśmy mieć wcale niemałe wpływy do kasy. W zasadzie mielibyśmy kontrolę nad zachodnim handlem i moglibyśmy stać się poważną konkurencją dla gildii Nuln albo nawet Altdorfu.
- To i tak nic nie da bo oni nie są stąd – rzucił wielebny Gunther władczym tonem. – Oni może i są dobrymi zarządcami, ale nie są z Ubersreiku. Oni będą patrzyć na wszystko z góry i nie dostrzegą, że ludzie coraz rzadziej odwiedzają świątynie, że nie ma wystarczających rozrywek dla wszystkich i szerzy się demoralizacja w porcie. Jeśli już mamy wybierać to wybierzmy swoich – Aschaffenbergów.
- Mówisz tak panie, bo ty pracy nie stracisz – z przekorą powiedział wielebny Heinrich. – Świątynia Sigmara będzie stała zawsze niezależnie od tego, kto rządzi w mieście. Dlatego tak łatwo idzie ci szacowanie szans kogokolwiek.
- Ty również wielebny – syknął sigmaryta. – Może nowy możnowładca zainteresuje się tym, co masz w swoim księgozbiorze. A z tego co wiem, masz co ukrywać.
- To nie miejsce ani czas na to, panie – spokojnie odrzekł Heinrich. – Już o tym rozmawialiśmy i to w takim samym gronie. Wszystko zostało wyjaśnione więc nie ma potrzeby wracać do tego. Mój księgozbiór to własność kościoła Vereny i to on o nim decyduje a nie ty panie lub ktokolwiek inny w tym mieście. Teraz jest czas na coś Kapłan Sigmara Gunther Emminginnego. Obowiązuje nas prawo i jego się trzymajmy. Mamy wybory…
- Dlatego wydaje mi się, że jeśli mamy już wybierać to wybierzmy swoich.
- A co się wielebnemu nie podoba w obecnym układzie? – spytał mag.
- Czasami dobrze jest coś zmienić, bo gnuśność i przyzwyczajenie może prowadzić do zepsucia a stąd już tylko krok do czegoś gorszego – huknął kapłan. – Nowa władza, jaka by nie była, na pewno spojrzy innym okiem na to, co teraz jest pomijane lub zaniedbane.
Wzrok sigmaryty spoczął na kapłanie Vereny. Starzec nic sobie nie robił z tych zaczepek wiedząc, że ma za sobą prawo. Inni byli najwyraźniej rozbawieni całą sytuacją i potraktowali to jako przerywnik. Jednak w ich uśmiechach było więcej nerwowości niż zwykle. Johan obserwował te dyskretne oznaki zdenerwowania i zagubienia. Czuł, że nie wszyscy mówią to, co myślą a zwarty front Rady wobec obecnej władzy jest zagrożony. Takie wybory nie przysłużą się niczemu dobremu i jeszcze bardziej rozdzielą ludzi i wpływy. Cesarski urząd podatkowy chyba miał to na względzie bowiem taki ruch nie służyłby budowie czegoś dobrego tylko na rozbijaniu. Chyba że to test mający sprawdzić na ile rządzący monolit jest jednolity. Jeśli go zda, to będzie dobrze, ale Johan miał dziwne przeświadczenie, że może nie zdać. A wtedy…
- Zostawmy to, co nie jest istotne teraz – Maler próbował zaprowadzić porządek. – Musimy zapewnić przeprowadzenie wyborów, porządek i powstrzymać próby działań wkopania konkurentów.
- Z tym będzie największy problem – podchwycił Erwin Blucher, kapitan straży miejskiej. – Nie mam za dużo ludzi, ochotników nie chcę brać w takim gorącym czasie bo nie wiadomo, kto przyjdzie. Do obstawienia będą ulice oraz ważniejsze miejsca, ale nie wszystko się uda.
- Zapewnię pomoc w miarę moich możliwości – powiedział mag. – Za niedługo będę miał do pomocy kilku moich pobratymców, to znacznie usprawni pracę. Zajmę się kwestią delikatniejszą niż pilnowanie ulic. To zostawię kapitanowi, ale będziemy w ścisłym kontakcie. Faktycznie może zacząć się ruch dyplomatyczny i nie tylko. Lepiej mieć na wszystko oko.
Głowa gildii kupieckiej Alfred Karstadt- To przynajmniej tyle – Maler zatarł ręce. – Na kolejnym posiedzeniu ustalimy co i jak z samymi wyborami i zobaczymy co przyniesie nam najbliższy tydzień. Pracujmy dalej i niech to już minie. Ze spraw, które miały miejsce ostatnio to jeszcze jest kwestia kopalni. Jak wiedzie miasto odkupiło koncesję na wydobycie kamieni szlachetnych z Czarnej Góry. Jest już tam nasza ekipa, ale nie radzi sobie z organizacją wszystkiego bo trzeba to zrobić niemal od podstaw. Jakieś pomysły co z tym zrobić?
Szary Mag Jphan Engel- Czarna Góra? – odezwał się krasnolud. – Tam już nie było nikogo o ponad czterystu lat. Nic tam nie ma poza szybami górniczymi i śmiercią. Dolne korytarze podobno zostały zasypane przez krasnoludy bo przekopały się do jakichś skał, które powodują choroby. To nie jest dobry pomysł.
- Nie zamierzamy niczego odkopywać tylko wyeksploatować to, co zostało z części dostępnej. Możliwe, że choroba już opuściła ten teren. W końcu minęło prawie pół millenium a po takim czasie nawet choroby wymierają – burmistrz wygłosił krótką formułkę.
- Tak, niczego nie chcemy zrobić na siłę. Możliwe, że poślemy tam kogoś, kto to sprawdzi, ale teraz będzie to trudne bo jest zamieszanie w mieście. Może po tym całym zajściu zostaną w mieście ci, którzy będą szukać roboty – rezydent uspokajająco pokiwał ręką. – Mości Rogni nie musisz się kłopotać. Miasto będzie nad tym sprawowało pieczę i nie będziemy naruszać niczego co mogłoby zagrozić komukolwiek.
- Ech, wy ludzie. Ciągle wam mało – mruknął krasnoludzki poseł. – To wiedzcie, że raczej żaden z krasnoludów do tego ręki nie przyłoży. To miejsce jest obłożone klątwą i chyba tylko desperat mógłby tam pójść. Czarna Góra jeszcze upomni się o to, co jej.
Poseł krasnoludzki Rogni DeepdelveSpotkanie zostało zakończone. Wszyscy rozeszli się do swoich siedzib. Sigmaryta w gniewie wybiegł pierwszy a po nim kolejni opuszczali budynek Rady. Na koniec został burmistrz i rezydent. Nie mieli wesołych min, ale w ich sytuacji nikt by nie miał. Poważne zadanie jakim są wybory to nie kasza ze skwarkami.
- Jak myślisz Johan? Damy radę? – zapytał burmistrz.
- Nie wiem – wolno odpowiedział mag ale głos mu drżał. – Będzie ciężko. Zaczną się podchody. Za dużo kandydatów a za mało nas do pilnowania. I do tego jeszcze wewnętrzne spory. Najtrudniej będzie właśnie z tym. A co mówi twój doradca Ernście?
- Jest dziwnie spokojny. Mówi, żeby robić to, co zawsze i podejmować decyzje takie jak zawsze a wszystko dobrze się ułoży i miasto na wyborach nie straci. Będzie ciężko, szczególnie tuż po nich, ale z pożytkiem i długim skutkiem na potem. Wiesz… nie mam powodów mu nie wierzyć. Już w tylu sprawach doradzał i zawsze miał rację. Z resztą sam wiesz…
- Tak, wiem. Ale skoro on tak mówi, to znaczy, że jakoś to będzie.
Potem rozeszli się. Kolegialny mag udał się do swojej wieży. Wieczorem Ubersreik nie jest szczególnie malowniczym miejscem, ale rzeka i most nad nim uspokajały. Trwały krasnoludzki dar dla miasta istniał od zawsze i symbolizował niezmienność i oparcie. Johan jednak z każdym rokiem pracy tutaj wątpił w stałość. Niby wszystko dobrze się układało, ale coś podskórnie nie pasowało. A najwięcej miał wątpliwości odnośnie doradcy Malera. Człowiek nie wyróżniający się z tłumu, ale dużo wiedzący. Podejrzewał, że to może być jakiś uczony, ale parę lat temu sprawdzał ukradkiem i nie znalazł nikogo takiego na uniwersytetach. Nie wyglądał na obcokrajowca, ale ta ogłada sugerowała kogoś znacznego. Druga myśl krążyła wokół Kolegium. Jednak nie Kapitan Straży miejskiej Erwin Blucherwyczuwał w nim maga. Było coś niewyraźnego, ale nie mag. Tym bardziej, że im więcej o nim myślał tym bardziej się jego obraz zacierał. Zawsze spadał na sam dół spraw do załatwienia, do przegadania i do sprawdzenia. Przypominał o nim sobie dopiero, gdy wspominał o tym Maler. Jakby działał tutaj jakiś czar. Albo może coś jeszcze? Gdy Johan doszedł do wieży to już nie miał w głowie doradcy tylko wybory. I to, że będą dziać się podczas nich dziwne rzeczy. I musiał się na nie przygotować a nawet im zapobiec. W końcu był szarym magiem. Członkiem Korpusu Cienia.
W tym samym czasie do miasta przybywa dzielna drużyna. Zostawiła za sobą Stromdorf i od paru dni cieszyła się wreszcie słońcem, brakiem deszczu i szmerem wietrzyka. Z ulgą przybyli do miasta a z jeszcze większą stanęli w karczmie portowej i zamówili kaszę ze skwarkami. Zjedli ze smakiem i straszliwie zmęczeni odłożyli na jutro wizytę dającą im profity za wykonane zadanie i czas na znalezienie kolejnej roboty.

View
Stromdorf, Zachodni Reikland 33 Sommerzeit 2588
7

Burza„Podczas wizyty w osadzie Ghur, nad Morzem Szponów, doświadczyliśmy czegoś niezwykłego. Miejscowy szaman przywołał zamieć, obniżył temperaturę powietrza a potem ściął wielką połać morza krą grubą na palec. Utkwione wewnątrz łódki zostały strzaskane jak patyki a ludzie musieli ratować się ucieczką do morza. Potem nam powiedziano, że tak działa magia lodu. Nigdy czegoś takiego nie widziałem choć widziałem już wiele. Magia lodu jest tak inna od tego, czym posługują się magowie kolegialni, że pewnie by mi nie uwierzyli. Rozmawiałem kiedyś z pewnym alchemikiem, który potwierdził, że kolegia tak naprawdę nie uczą magii. One zaściankują ją i ograniczają mówiąc, że poza ich naukami nie ma nic innego. A to jest błąd, bo w przypadku spotkania niewiadomego, kolegialny mag nie wie, co się dzieje lub posiada fałszywą wiedzę, która wiedzie na manowce. Elfy dobrze wiedziały, co robiły dając nam wiedzę o wiatrach magii. Dały moc i od niej całkowicie nas uzależniły.
Wioskowy szaman śmiał się rzucając czary lodu. Jadł śnieg i oddychał lodem. Pokrywał się szronem i tworzył lodowe jęzory na rzece. Magia wrzała pod postacią niebieskiego wiatru mieszając się ze śniegiem i wodą. Inną możliwością było t o, że byliśmy bliżej legendarnych bram, z których wieją wiatry magii. Może to ta bliskość powoduje spaczenie magii i jej inne działanie. Może to jeszcze coś innego. Jedno wiem – Norska ma swoje prawa i kto ich nie chce poznać, ten może się bardzo boleśnie o nie potknąć.”

Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom IV, str.47

Drużyna znów trafiła do stodołowego więzienia. Tym razem jednak w dużo gorszych nastrojach i widokach na przyszłość. Pierwsza grupa goblinów była czymś dużo mniejszym niż to wojsko, które teraz zobaczyli. Najwyraźniej byli uciekinierami, którzy porwali trolla a teraz zjawił się jego właściciel i najwyraźniej jest bardzo, ale to bardzo wkurzony. Na razie trafili do więzienia, gdyż wódz sprawdza jeszcze okoliczności i ślady, ale nie było złudzeń co do ich przyszłości. Dlatego postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i przynajmniej utrudnić zielonoskórym sprawę. Tanio skóry nie sprzedadzą.
StudniaWszyscy zgodzili się, że trzeba zejść na dół i przejść przez studnię na zewnątrz. Stamtąd da radę przemknąć się poza farmę i ukryć w okolicy by zaczekać na maga, który niechybnie pojawi się. Skoro jest tak dobry jak twierdzi, to powinien sobie poradzić. Może przyjedzie z wojskiem – w końcu Kessler obiecał, że jak upora się z cmentarzem i miastem to ruszy na farmy. Wszystko wskazywało na to, że opóźnienie daje szansę na przeżycie. O ile da się opóźnić tak nerwowe istoty jakimi są gobliny.
Znów poczekali aż minie wieczór i noc. Gobliny chodziły wokół, piły, charczały, biły się i kłóciły. Ich strażnicy też nie byli lepsi ale zapewniali w łamanym reikspielu, że jak wódz przyjdzie to zdecyduje co dalej z człekami. Zza drewnianych ścian słychać było ryki trolli, krzyki squigów oraz stukot drzewców włóczni i pik. Gdy noc miała się ku końcowi robiło się coraz ciszej i powietrze wypełniało się chrapaniem, pierdzeniem oraz zapachami zbliżonymi do obory. Wreszcie wybrano moment, dobry jak każdy inny, by wydostać się z tego miejsca. Na dole była obecna Flea, która zapewniała, że zieloni na górze już śpią i jeśli coś trzeba robić to teraz. Odsunęła na bok, gdy reszta znów próbowała wejść przez studnię na górę. Niektórym się to udało, ale niektórzy pospadali na dół. Woda w dole była ciemna i mętna, wypełniona szmatami, ekskrementami oraz czymś, czego lepiej nie widzieć. Mag skąpał się w tym cały, ale wizja śmierci z łap zielonoskórych była bardziej boleśniejsza niż kąpiel w podejrzanej brei. Trwała ewakuacja drużyny gdy…
Do atakuCoś daleko zadrżało, potem tąpnęło i powietrze wypełnił zapach ozonu. Po niebie zaczęły tańczyć błyskawice a okrzyki bólu rozdarły poranne zorze. Wszyscy spojrzeli się na siebie i wiedzieli, że kawaleria przybyła. Pozostało tylko poczekać, bo o wynik starcia byli wszyscy dziwnie spokojni. Dłuższą chwilę trwała walka na błyskawice i włócznie. W tym czasie wszyscy spokojnie wyszli ze studni i przypadli do kamiennego rantu studni by nie dostać przez przypadek wyładowaniem lub odłamkiem broni. Mag wszedł ostatni. Patrzył jeszcze do dołu i widział, jak mała Flea wchodzi na górę i przypada po drugiej stronie studni. Wszyscy byli w komplecie i najwyraźniej udało im się wyrwać ze szponów śmierci.
Cisza, jaka zapadła, gdy ostatni z przeciwników legł na ziemi, była niesamowita. Niemal kłuła w uszy, ale przyjmowało się ją jak błogosławieństwo. Wszędzie leżały ciała goblinów, gdzieniegdzie większe pagórki squigów i całkiem pokaźne truchła trolli. Przy bramie stała postać Niklasa, z lekko podniszczoną szatą ale ciągle dodającej prestiżu i budzącą respekt. Widać było zmęczenie na jego twarzy choć i błysk ekscytacji. Uśmiechnął się, gdy drużyna zaczęła się zbliżać.
- Dobrze cię widzieć panie. Jak sam widziałeś mieliśmy drobne problemy – zaczął Giuseppe.
- Nie wracaliście a ja zgodnie z naszą umową ruszyłem po czwartym dniu – otrzepał poły płaszcza i spojrzał na wóz z kamieniem na nim. – Dotarłem na farmę, ale tam zostały tylko zgliszcza. Tropy wskazywały na to miejsce. Strażnicy zostali na miejscu a ja ruszyłem do Was bo czułem, że coś się święci.
- To gobliny. Mieli ze sobą kamień i korzystali z niego bardzo intensywnie – mag jeszcze nie ochłonął po widoku pola walki i ze smrodem studziennej wody w nosie.
- Mieli powód. Na szczęście wszystko jest już zażegnane. Wystarczy teraz połączyć kamienie i odkryć co się za nimi kryje – ekscytacja maga była nie do ukrycia.
- Ale panie, sam mówiłeś, że to może być niebezpieczne – mag pamiętał słowa Nikalasa jeszcze w Stromdorfie.
- Tak, ale nie dam rady dowiedzieć się tego inaczej jak połączyć kamienie. Badania utwierdziły mnie o pieczęci, ale również o mapie, którą tworzą te kamienie. Bez złączenia tego nie da rady dowiedzieć się, co to kryje.
- A co to kryje? – spytał podejrzliwie elf.
Mapa na kamieniu- To jest … – mag zawahał się. – Kalhar damach garull – wypowiedział Niklas. Od razu wszyscy poczuli, że znieruchomieli. Mogli śledzić wszystko zmysłami, ale ciała mieli wyłączone. Panika uderzyła w każdego, ale zaraz zastąpiła ją wściekłość.
- Od początku chciałeś go mieć dla siebie, prawda? – spytał mag. Był zły na siebie, że nie zareagował wcześniej. Nie było jednak wcześniej wyboru. Ani możliwości.
- Czy zdajecie sobie sprawę z tego, co będzie kryć się pod miejscem, gdzie leżała ta pieczęć? To nieograniczone możliwości, dostęp do mocy niedostępnej dla ludzi, potencjał do wykorzystania. Wy tego nie zrozumiecie. Dla was, maluczkich to jest nie do ogarnięcia. Może jeszcze ty magu zrozumiesz, ale reszta?
- Igranie z magią nie jest bezpieczne…
- Tak, ale ja wiem, co tam jest. Ta pieczęć to wrota do neksusa – potężnego źródła mocy. Tylko potężne jednostki mogą z niego zaczerpnąć i ja tego dokonam. Dawne elfy zabezpieczyły to miejsce przed niepowołanym wzrokiem bo chciały wszystko dla siebie. Jak zawsze samolubne i jak zawsze mające ludzi za nic – spojrzenie na elfa było bardzo wymowne.
- Nie uda ci się. Zginiesz – mag nie ustępował. Nie mógł rzucić czaru, ręce miał spętane i w myślach widział już pokonanego Niklasa. Nic jednak nie mogło mu przeszkodzić.
Tymczasem niebieski mag zaczął łączyć kamienie. Przesuwał, pukał aż wreszcie udało mu się połączyć je w jedną, wielką bryłę. Zajaśniała na niebiesko i na jej powierzchni zalśniła mapa oraz pulsujący niebieski punkt wskazujący jakieś miejsce nieopodal rzeki. Był kierunek i to bardzo ucieszyło maga.
- To już wiem wszystko. Dziękuję wam bardzo za pomoc i żegnajcie, bo się już chyba nie spoktamy – powiedział i zrobił kilka gestów rękami, wykrzyczał parę słów w niebo i wzleciał w powietrze lekko jak piórko. Poleciał w kierunku wskazanym dokładnie przez pulsujący punkt na kamiennej mapie. Drużyna mogła go tylko odprowadzić wzrokiem i patrzeć z nienawiścią na malejący niebieski punkt na tle błękitnego nieba.
Po jakimś czasie czar puścił i można było działać, ale nie wiadomo było czy warto. Robiło się deszczowo, ciemne chmury zaczęły kłębić się na północy. Na coś się zapowiadało i chyba miało to związek z tajemniczym neksusem. Kamień słabł ze swoją mocą, jakby tracił moc lub moc ta wyciekała z niego jak pękniętego cebrzyka. Niklas pewnie już był daleko a oni tracili z każdą chwilą szansę na powstrzymanie szaleńca przed uwolnieniem mocy, której nie zdoła opanować. Zaczęły bić pioruny, robiło się gorąco i to nie tylko w znaczeniu dosłownym. Pioruny zaczęły bić w kamienie więc schowanie się gdzieś dalej było jak najbardziej na miejscu. I coś trzeba było zrobić.
- Co dalej? – jakoś smutno brzmiał Giuseppe i nie starał się przekrzykiwać piorunów.
- To chyba koniec. Zrobił nas na szaro i teraz jest już bardzo, bardzo daleko – Ganz twardo określił ich położenie.
- Daleko nie może lecieć. Nawet on ma limity na takie czary. Musi odpoczywać i musi ponownie rzucać ten czar. Jest może szybszy, ale nie aż tak. Nie mamy koni, mamy tylko nasze nogi. Kierunek znamy, ale nie wiem co tam będzie dalej. Gdzie to miejsce, które ma być zapieczętowane… – mag myślał na głos. Wiele by dał by umieć choć troszkę więcej magii niż teraz. Zdążył znienawidzić wodę i wiedział, że to nie tym będzie się zajmować.
- Musimy go ścigać – powiedział elf. – Ta pieczęć nie była tam dla ozdoby i teraz bez niej to miejsce może być … łatwiej dostępne. Ten gość sam skacze do czarnej dziury. Nie wiadomo, kogo jeszcze za sobą pociągnie.
Grzybki- Łatwo powiedzieć. Co teraz możemy zrobić? – spytał Giuseppe.
- Trzeba biec… – Ganz spojrzał na drogę na północ.
- Jasne. Bez żarcia, bez picia, po nocach w pierdlu. Jak to sobie wyobrażasz? – balwierz był nieustępliwy.
- Czekajcie, przecież szaman ma na pewno jakieś specyfiki – elf rzucił wbijając się pomiędzy dwie palby piorunowe. – Wystarczy łyknąć i po kłopocie. Gobliny po czymś takim chodzą jak w amoku. Może to i dla nas coś da. I tak nie mamy nic do stracenia.
- Jak to nie? To może nas załatwić bez mrugnięcia okiem. Skąd wiesz ile wziąć i jak długo działa? Trochę się na tym znam i wiem, że to może być bardzo ważne – Giuseppe patrzył na elfa nie wierząc, że elf będzie łykał goblińskie grzybki. Ten świat schodził już na psy.
- Bierzmy. To jedyna rada. Dogonimy gada i powstrzymamy go przed dojściem do neksusa. Jeśli się nie uda, to trudno. Na szczęście mamy dla niego coś specjalnego – elf położył na ziemi fiolkę z fioletowym płynem. – Kto mieczem wojuje od miecza ginie.
- Wchodzimy w to? – Ganz popatrzył na resztę drużyny. – Nic nie mamy do stracenia. Jak się nie uda to przynajmniej świat będzie bardziej kolorowy. O ile to wszystko prawda co słyszałem o tym goblińskim gównie.
I zdecydowali się. Przy szamanie znaleźli mieszek z suszonymi grzybami. Każdy wziął po jednym i zaczął rzuć. Początkowo nic się nie działo i pojawiały się wątpliwości co do świeżości grzybów lub ich ogólnego zastosowania, ale potem już zrobiło się lepiej. Energia przyszła z nikąd i wypełniła wszystkich. Zmysły się wyostrzyły, mięśnie nabrały sprężystości i nowa nadzieja wdzierała się w serca. Przejście do biegu nie było problemem. Ruszyli gładko i prosto w kierunku, który wskazywał kamień. Potem nawet to nie było koniecznie bowiem miejsce to jarzyło się przed ich oczami, jakby była tam umieszczona latarnia morska. Krok za krokiem przemierzali stepy i zagajniki. Zbliżali się coraz bardziej do zakola rzeki oraz wzgórza z tajemniczą budowlą. To właśnie tam kierowało ich światło. Pamiętali o opowieściach z tego miejsca, jak dały się słyszeć tam głosy. Teraz wszystko nabierało sensu. Wszystko stawało się … jaśniejsze.

Przybycie na wzgórze nastąpiło przy wtórze deszczu oraz piorunów bijących znad rzeki. Coś tam się działo i każdy myślał, że może ich to jakoś oszczędzi, ale znaki były nieubłagane. Ze wzgórza schodziły świetlistą drogą wprost do rzeki. Wprost w objęcia burzy, której jeszcze nie doświadczyli tutaj. Z drugiej strony było coraz mniej czasu i w zasadzie jego brak by się wahać. Sprawdzili czy wszystko co trzeba jest przy nich i ruszyli na zachód, do rzeki.

Rzeka zaczynała się dużo wcześniej niż zwykle. Przybrała na sile i wielkości. Teraz nie ustępowała Reikowi zaś jej nurt był silniejszy niż górskich strumieni. Piaskowa woda niosła ze sobą drzewa, trawy i resztki domostw. Na środku rzeki zaś otwierał się potężny wir nad którym lewitował Niklas. Błyskawice otaczały jego ciało. Wiatr targał połami jego niebieskiego płaszcza a deszcz ściekał po policzkach rozciągniętych w uśmiechu szaleńca. Nie słyszał niczego i nie wydawał się dostrzegać niczego wokół patrząc jedynie na wir pod sobą. Ten powiększał się i rósł zgarniając coraz więcej wody wokół i zasysając ją w głąb. Rzeka przybrała znacznie, nurt zmienił się w rwący a burzowe chmury nad całym terenem niosły zapowiedź potężnego sztormu.

WirTrzeba było coś z tym zrobić. I to szybko. Dostanie się w pobliże maga było konieczne, ale spieniona rzeka uniemożliwiała proste podejście do tego. Trzeba było mu przerwać to, co rozpoczął inaczej konsekwencje tego mogą być bardzo niebezpieczne. I nie wiadomo było skąd pojawił się pomysł ani kto go rzucił, ale to Azgar postanowił dostać się w pobliże Niklasa i rzucić w niego fiolką z trucizną. Tą samą, którą dał Niklas by zabić trolla. Historia miała zatoczyć koło i jej paradoks objawić się w pełnej krasie. Znaleziona w górze rzeki stara i cieknąca łódka posłużyła jako jedyny środek transportu. Rwała się na długiej linie i nie wytrzymałaby długo gdyby ją zostawić. Elf wsiadł a nurt sam zawiódł go w pobliże wiru. Reszta grupy patrzyła na to, co się dzieje i miała nadzieję, że wszystko się uda. Pioruny biły raz za razem w powierzchnię wody i drobny deszczyk zaczął siec z ukosa. Elf podpłynął na tyle by dorzucić. Łódka już sama płynęła z nurtem i nie dała się kierować. Istniała jedna szansa na udany rzut. Jeśli się nie uda, to tylko Sigmar będzie wiedzieć, co się stanie. Ale stało się inaczej…
Coś nadchodziFiolka zatoczyła łuk i trafiła maga w nogę. Fioletowy płyn błyskawicznie uwolnił się i wniknął w szatę. Chwilę potem grymas bólu wypełnił twarz maga niebios. Ryknął jak błyskawica i zaczął zwijać się rozglądając się wokół przekrwionymi oczyma. Zachwiał się, skręcał a żywioły na zewnątrz zaczęły szaleć. Stojący na brzegu dostrzegli w oddali jak coś na niebie zaczęło zbliżać się w ich stronę. Powiększało się z każdą chwilą i wzbudzało niepokój. Wir zalał się wodą a wzburzone wody kipiały. Łódka została odepchnięta do przodu porywając za sobą elfa. Burza szalała na dobre, woda przybrała i niebiosa zdawały się szaleć w paroksyzmie bólu. Razem ze swoim magiem, który został trafiony kilkoma błyskawicami a jego ciało rozerwało się na drobne kawałki wpadając do rzeki. Tragedia upadku się dokonała, ale jej konsekwencje szaleją wokół.

Łódka oddalała się bardzo szybko od miejsca śmierci Niklasa. W tą stronę zaś zmierzały nie tylko wody rzeki ale również tajemniczy obiekt na niebie. Grupa na ziemi szybko się zreflektowała i czym prędzej zaczęła oddalać się od rzeki. Ryk z niebios narastał, burza szalała i wszystko zmierzało do wielkiej katastrofy, która objawiła się kilka minut później. Najpierw była cisza a potem ziemia zrobiła fikołka. Rzuciła wszystkich na plecy a łódkę z elfem wyrzuciło z koryta rzecznego i cisnęło we wzgórza. Grom przetoczył się pod ziemią i przerodził się w głuchy i dudniący łoskot. Woda z sykiem zaczęła wypełniać powstały krater. Ten właśnie syk poderwał wszystkich i zmusił do dalszego biegu. Dobrze, że jeszcze mieli w sobie resztki grzybków bo nie daliby rady ubiec chociaż kilku kroków. To samo uczynił elf, który zagubił się zupełnie, ale wiedział, że trzeba być dalej od tajemniczych odgłosów.

Burza odchodziDalsze działania zatarły się w oczach poszczególnych członków drużyny. Znaleźli się na pobojowisku, popatrzyli na potężne jezioro w miejscu upadku tajemniczego obiektu z nieba i ruszyli w stronę miasta. Spotkali strażników, którzy zaniepokojeni ruszyli w stronę niespotykanego zjawiska. Niklas zginął i pogrzebał ze sobą miejsce neksusa, które teraz jest dodatkowo ukryte pod falami jeziora. Nie wiadomo, czy lecąca kula skał miała tam być podczas otwierania czy pojawiła się jako odpowiedź na zaburzenie wywołane śmiercią maga. To już pozostanie tajemnicą. Tak samo jak pozostanie tajemnicą co posiadał on w swoim pokoju. Trafiła go błyskawica paląc wszystko co było w środku. To samo spotkało dom uczonego, który zginął a wszystkie papiery zamieniły się w popiół. Najważniejszym było zaś zupełnie coś innego – wreszcie wyjrzało słońce i po raz pierwszy od bardzo dawna przestało padać. Radość z tego zdarzenia była tak wielka, że zapomniano na chwilę o grozie ostatnich dni, o śmierciach oraz walce. Stromdorf przestał być najbardziej deszczowym miejscem w Imperium. Zyskał za to jezioro, którego czarne wody nie zachęcały do kąpieli. Czasami przebija się z dna zielonkawy poblask, który jest szczególnie intensywny gdy na nocnym niebie świeci Morrslieb.

Mosty naprawiono, rzeka się uspokoiła, komunikację przywrócono więc nie stało już nic na drodze by drużyna wróciła do Ubersreiku i sfinalizować zadanie, które zostało wykonane.

View
Stromdorf, Zachodni Reikland 29 Sommerzeit 2588
6

Stromdorf„Wpływaliśmy statkiem do zatoki, która w miejscowym języku nosiła nazwę Dharul Gor czyli Mglista Dolina. Ponieważ wszystko w Norsce jest praktyczne więc i ta nazwa musiała mieć swoje pokrycie w rzeczywistości. Kapitan, z którym pływałem już od wielu miesięcy, powiedział o tym miejscu i musiałem go zobaczyć na własne oczy. I zobaczyłem choć niczego takiego nie widziałem w Imperium czy krajach okolicznych. Mgła była tak gęsta, że mogłem ją brać w rękę i przenosić jak gęstą śmietanę czy pianę z balii. Niesamowita konsystencja mgły tak wszystkich oczarowała, że nie wiedzieć kiedy, wpłynęliśmy do portu na samym środku Dharul Gor. Dźwięk odbijał się od mgły jak od pierzyny. Nie dało się nic zobaczyć na wyciągnięcie ręki. Dlatego wpłynięcie do portu oznaczone były tyczkami oraz poprzecznymi linami, które naprowadzały na nabrzeże. Kapitan mówił, że niezwykłość tego miejsca to sprawa pogody i styku zimna i ciepła. Podobno pod wodą płynie ciepły prąd morski, który od góry podwiewany jest lodowatym powietrzem znak Krain Trolli. Łączy się to wszystko w tym miejscu i dlatego tworzy się taka mgła. Chyba już nigdy nie dane mi będzie ujrzeć podobnego cudu w życiu."

Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom II, str.111

„Dla wszystkich niech będzie wiadome, że okaziciel tego listu wraz z osobami mu towarzyszącymi, przyczynił się do ochrony miasta Stromdorf poprzez zniszczenie siedliska zwierzoludzi. Wykazali się męstwem i heroizmem na polu walki nie zważając na zagrożenie i trudności okolicznościowe. Należy się im szacunek i uznanie.

Kapitan straży miejskiej miasta Stromdorf

Arno Kessler”

Giuseppe zadowolony wysłuchał tego, co wypisze kapitan w podzięce za pomoc ze zwierzoludźmi. Jak tylko uda się rozwiązać sprawę tego deszczu to taki list polecający może okazać się bardzo cenny. W Imperium, gdzie biurokracja i koneksje są bardzo ważne, taka pomoc może okazać się dużo lepsza niż garść koron. A wracając do koron, to miasto nie ma ich za wiele i chętnie wypisze taki list bo on jest za darmo. Prywatnie Giuseppe jednak był zadowolony – powalił szamana i to się liczyło. Przeżyli na bagnach, pokonali zwierzoludzi i znaleźli ślad kupca Floriana. Co prawda ślad świadczył o tym, że tenże najprawdopodobniej nie żyje, ale mają jego sygnet. To Kapitan Arno Kessleroznacza, że już mają wypełnione to, po co tu przyszli. Czasu zostało dużo by ten sygnet zanieść do Ubersreiku więc pogoda i rozwalenie mostów jeszcze tak bardzo nie przeszkadzała.
- A skoro tak dobrze poszło wam na bagnach, to może zechciałbyś wysłuchać relacji farmera. Już w zeszłym tygodniu informowali nas ludzie z południa o problemach, a teraz jeden z nich przyjechał do miasta by osobiście to przedstawić. Na bagnach byli moi ludzie, którzy są ranni. Ledwo skończyliśmy sprzątać na cmentarzu a teraz jeszcze farmy. Obecnie nie mam kogo wysłać na południe, a z tego, co słyszałem to dobrze by było, gdyby ktoś rzucił okiem na to, co się tam dzieje. Dlatego może bylibyście zainteresowali tą sprawą? Wysłuchaj farmera i zdecyduj.
Giuseppe skinął tylko głową i bez naleciałości tileańskich, czystym nulneńskim akcentem, powiedział:
- Jasne, niech powie, co tam się u niego dzieje. I tak musimy tutaj być.

Farmer okazał się być rosłym mężczyzną, w przemoczonym płaszczu i pobrużdżonej przez trud i czas twarzy. Zdjął filcowy kapelusz wchodząc do biura kapitana i usiadł na stołku wskazanym przez Kesslera. Zachęcony przez dowódcę straży zaczął swoją opowieść.
- To było jakieś dwa tygodnie lub lepiej jak zaczęły znikać zwierzęta. To było po dużej burzy, która trwała całą noc. FarmerZiemia rozmiękła, zboża zmokły a w odległych wzgórzach coś zaczęło się dziać. Jak przechodzili traperzy to mówili o kopalni, w której jakieś niebieskie błyski były widać. Od nas to daleko i nikt nie chciał tam chodzić. I nie chodził. Nie mamy tam interesu żadnego. Nawet od Braunów nikt nie chodził. I dobrze. A potem zaczęły ginąć zwierzaki. Jedna owca, krowa, jakiś cielak. U nas i u Braunów. Kilka dni potem znaleźlim martwą krowę i to nadgryzioną. Ktoś zjadł ją do połowy i resztę zostawił. Ścierwo usunęlim. A potem jeszcze owca i też nadgryziona. Daliśmy znać do miasta, ale to już sam wiesz panie. Czekalim, i znikąd pomocy. Znów się to powtórzyło, ale teraz znikały zwierzaki. Już ich nikt nie nadgryzał. I nie wiem, co gorsze. Dwie krowy i trzy owce zniknęły jak mgła. Jakieś ślady było widać, ale przy takiej pogodzie, jaka panuje to nie sposób coś znaleźć.
- U nas w mieście nie jest lepiej – zaznaczył kapitan.
- Widzę. Jeszcze nigdy nie było tak, jak teraz. Strasznie, panie, strasznie. Pioruny biją, na głowę pada i jeszcze ta woda. Jest wszędzie. Gdyby na wzgórzach tak było, to my by nie posiali ani nie zebrali nic. Wszystko by pomarło…
- I dlatego mamy tam was, farmerów, którzy są naszymi żywicielami – kapitan zapewnił oficjalnym i pełnym przekonania głosem. – Nic nie mogliśmy zrobić, bo i w mieście mamy sporo zamieszania. Ten obecny tu człowiek może zapewnić, że przez ostatnie dni mieliśmy tu i nieumartych i zwierzoludzi i te pioruny. Mam tylu strażników ile może utrzymać miasto. I nie chce być więcej. A ochotników już dawno nie widziałem na oczy. Ale nie chcę tego zostawiać. Dziś i kolejne dni to również nie najlepszy czas dla miasta, ale może właśnie ów człowiek i jego towarzysze będą mogli pomóc.
- Nazywam się Giuseppe – fryzjer zwrócił się do farmera. – Zatrzymaliśmy się w „Grzmiącej Wodzie” i chętnie porozmawiamy tam już w pełnym gronie.
- Ja też się tam zatrzymałem. Jutro bym ruszał, więc dziś spotkam się i powiem co wiem. Nie chcę tracić bydła bo muszę z czegoś żyć. A to nie jest normalne, co się dzieje. Spotkajmy się i ustalimy szczegóły – powiedział farmer. – Mam jeszcze kilka spraw przed wyjazdem do załatwienia, to bym już poszedł. Kapitanie – zwrócił się do Kesslera – dziękuję za zajęcie się sprawą. Mam nadzieję, że będę miał lepsze wieści następną razą.
Farmer wyszedł. Giuseppe już wiedział, że farmy i to, co się tam dzieje, będzie się pokrywać z ich celem czyli kamieniami. Niebieskie błyski nie są przypadkowe i za dużo ich ostatnio widzieli, by teraz traktować to jako przypadek. Można jeszcze coś z tego wyciągnąć bo w końcu są tu dla złota. A miastu przecież zależy…

Balwierz wyszedł po kwadransie zadowolony z biura kapitana. Udał się do kończących odpoczynek towarzyszy i powiedział to, czego sam się dowiedział. Wszyscy zgodzili się z tym, że to jest miejsce, gdzie może być kawałek białej skały. I może się okazać, że ostatni kawałek. W dodatku coś tam grasuje i wszystko wskazuje na trolla lub ogra. Tylko skąd tutaj takie zwierzaki? Zwykle same nie trafiają się w Imperium, a ich obecność może wskazywać na coś więcej. W zestawieniu z tym czymś w kopalniach, może się okazać, że będą potrzebować pomocy i to konkretnej.
Zaczęli od informacji. Profesor powiedział im, że kilka setek lat temu były tam czynne kopalnie złota. Zostały wyeksploatowane i obecnie zostały po nich dziury w ziemi, gdzie może być ktoś, kto takie dziury zapełnia. Skavenów czy goblinów nie brakuje bo na krasnoludów nie ma co liczyć. One są tam, gdzie jest coś cennego, a we wzgórzach nie ma nic cennego od setek lat. Dorzucił też co nieco jeśli chodzi o pieczęć. Udało mu się zerknąć na kawałek przyniesiony z bagna i nawet porozmawiać z magiem. Będą mieli kilka dni by przyjrzeć się temu a wiedza profesora o języku elfów może być nieoceniona. Nadal utrzymuje, że to rodzaj pieczęci. Skrywa ona coś bardzo ważnego i potężnego. Coś, co jest skryte przed wszelkim wzrokiem i celowo zostało ukryte. Niklas twierdzi, że to ogromna moc i musi być zbadana bo jej uwolnienie będzie bardzo, ale to bardzo niebezpieczne. Jednak bez kompletnej pieczęci nie da się niczego więcej powiedzieć. Dlatego zdobycie ostatniego kawałka jest bardzo ważne.
Fiolka z truciznąNiklas nie może pójść z grupą. Badania nad dwoma nowymi kawałkami marmuru nie mogą czekać i muszą być zrobione by nie pchać się w nieznane. By jednak dać jakieś szanse w starciu z nieznanym stworzeniem dał dla grupy fiolkę z trucizną, która zabije każdą żywą istotę jeśli dostanie się na jej skórę. Nie było przed tym ratunku i nie liczy się nawet rozmiar istoty. Nie może być jednak magiczna ani eteralna. To na trolla powinno wystarczyć. Badania skończy za cztery dni i wtedy będzie mógł ruszyć. Umówili się, że przyjedzie do nich i albo dojedzie na farmę, gdzie się spotkają albo złapie ich w drodze powrotnej jeśli wszystko sprawnie załatwią. Pozostało zatem tylko porozmawianie z farmerem i ruszenie jutro z rana na południe.
Wieczór upłynął spokojnie i wiele więcej nie przyniósł ponad to, co już było wiadomo. Coś jest na wzgórzach przy farmach i ma to związek z burzami. Coś najwyraźniej się wydarzyło kilkanaście dni temu, co pogorszyło klimat i najwyraźniej pobudziło całą okolicę. Już jadąc na farmę, siedząc na koźle wozu, dowiedzieli się, że pewne wzgórze, które mijali po drodze, ma złą sławę. I tam widziano tajemnicze cienie, słyszano szepty i śmiechy w języku innym niż reikspiel. Podobno babka słyszała te głosy i mogłaby potwierdzić przynajmniej co to za język.

Droga na południe zajęła trzy długie dni. Nie padało, ale utrzymywał się niski pułap chmur i popadało od czasu do czasu. Konie ciągnęły wóz przez rozmiękczoną drogę zostawiając szeroką koleinę. Bagna zostały na wschodzie, po lewej stronie. Od prawej strony, kilka kilometrów od drogi, swoje wody toczył wartko Tranig. Od opadów nurt rzeki stał się rwący, co znacznie utrudniało przeprawę i odbudowę mostów przy Stromdorfie.
Trzeciego dnia, późnym popołudniem, przywitała wszystkich otwarta brama farmy, szczekające psy i komitet powitalny złożony z rodziny farmera. Drużyna wzbudzała zainteresowanie najmłodszych i najwyraźniej zaciekawienie reszty domowników. Wóz rozładowano a wszystkich zaproszono do jadalni. Kolacja już prawie była gotowa. Kasza, skwarki, kilka kawałków mięsa – przynajmniej tyle mogli farmerzy dać. Przy kolacji opowiadano co działo się przez te dni, kiedy nie było głowy rodziny z nimi. Jeszcze dwie owce zginęły – nie dalej jak wczoraj. Postanowiono po kolacji zająć się tą sprawą, ale najpierw należało się porządnie najeść. Historia pokazała, że na najbliższe dni był to jedyny pełny i sycący posiłek.
Na farmęWieczorne oględziny śladów ujawniło kilka tropów, ale małych i zbyt delikatnych by można było coś odczytać po takim czasie. Najważniejszym jednak było odkrycie dwóch skupisk gnijących resztek roślinnych. Zdawały się rozkładać niemal na oczach i śmierdziały jak zepsuta kapusta. Nie wiadomo, co to mogło być, ale z całą pewnością nie jest to nic, co by urosło tutaj w ciągu kilku dni. Kilka tropów było obiecujących, ale bez fizycznej konfrontacji nie było wiele do zrobienia. Pozostało zaczaić się dzisiejszej nocy na polu i poczekać aż ktoś się zjawi.
Giuseppe i reszta nie zdążyli nawet porządnie odpocząć a już rozpoczęli inwigilację okolicy. Przyczaili się na środku pola, pomiędzy stadami i czekali na pojawienie się kogokolwiek. Chłopaki farmera pilnowali okolicy z drewnianej wieży obserwacyjnej i przechadzali się z psami robiąc regularne patrole. Wydawało się, że nic nie będzie tej nocy, aż…
Delikatne kroki, charkotliwe powarkiwania i szydercze śmiechy – dziwny zestaw jak na napastników. Mgła otoczyła pole i w czarną noc nie było widać za wiele. Odległe drzewa były jedynie zarysami a niespokojne porykiwania zwierząt stały się faktem. Ktoś, a w zasadzie więcej niż jedna jednostka, podchodzili coraz bliżej. Wtedy zareagował mag. Rozrzucił kilka świecących kamieni wokół. Dało się dostrzec tylko umykające w ciemność małe, humanoidalne kształty. Ich zwinne sylwetki zginęły w mroku na granicy pola a na ich miejsce spadła czarna kula rozpadająca się jak przegniła kapusta. Fetor zgnilizny rozszedł się momentalnie i zaatakował zmysł powonienia wszystkich. Był skręcający, mdlący i przywoływał najgorsze wspomnienia z rynsztoków. Pod jego osłoną napastnicy zniknęli zostawiając jednak kilka śladów. Wkrótce do grupy dołączył patrol z psem i wspólnymi siłami udało się ustalić, że trop prowadzi do farmy Braunów. Widocznie złodzieje odstraszeni z tego miejsca będą próbować gdzieś indziej. Znów chęć działania zdominowała myśli wszystkich. Ruszyli niezwłocznie, zanim jeszcze księżyc na dobre rozgościł się na niebie.

GoblinyPodejście pod farmę było łatwe. Aż za łatwe. Trop prowadził prosto i bez kluczenia. Przez trawiaste wzgórza i kilka kęp drzew weszli pomiędzy białe pnie brzóz. Przewrócony wóz zalegał na rozmiękczonym poboczu. Cisza wokół była niemal kłująca i kilka nocnych świerszczy nie zmieniało tego stanu rzeczy. Kilka pochodni dających blask z kierunku, gdzie powinna być farma nie wskazywało, że coś jest nie tak. Dopiero jak pojawił się komitet powitalny w postaci grupki goblinów stało się jasne, że coś tutaj jest nie tak. I to bardzo.
Kilka cieni pojawiło się wokół grupy. Po bokach a nawet z tyłu. Wzrok przystosowany do ciemności zdołał wyłonić z daleka także kilka kulistych istot z paszczą pełną zębisk i krótkimi nóżkami. Jeden goblin, niesiony na kamiennej, świecącej na niebiesko, płycie i mający na czole diadem z niebieskim kamieniem, wystąpił przed szereg. Spojrzał uważnie na ludzi i elfa. Śmierdział zjełczałym tłuszczem i zepsutym mięsem. Kości drobnych zwierząt miał wplątane we włosy, podobnie jak barwne tasiemki oraz zęby i pazury. Najwyraźniej był szamanem lub przynajmniej kimś, kto dowodził wszystkim dookoła.
- Ludzie, po co tu? – spytał nieporadnie w reikspielu.
- A ty po co? – zadziornie zaczął Ganz.
- Wy chcieć Goba? Naszego Goba?
- Kim on jest? – mag popatrzył uważniej na szamana widząc niebieską łunę wokół goblina o sile znacznie przekraczającej tą, która zwykle cechuje tą rasę.
- Ja go nie oddać. Ja wiedzieć, że on go chce, ale ja nie oddać. On mój i wszystko moje. Nikt mi go nie zabierze. A kamień mi mówi, że mamy iść i brać, co nasze.
- Kamień wam coś mówi?
- Wy nie słuchać, ale to znaczy, że wy nie wiedzieć. Wy tylko ludzie a Gork i Mork zgniecie was jak pluskwy.
- Co się stało z Braunami? – odezwał się golibroda.
- Ludzie byli i teraz Gob się nimi zajął. Wy – wskazał paluchem – też tak skończycie. Jak tylko zdecyduję, co z wami zrobić. Tak do końca. Bo Gork i Mork mogą myśleć inaczej.
- Ale kto ma przyjść… – mag nie dokończył bo na skinięcie ręki szamana w stronę grupy poleciały strzałki nasączone trucizną. W ciemności nie było widać błysków tylko dało się poczuć coś ledwie przypominającego ukłucie komara. A potem wielka ciemność zstąpiła na wszystkich. Czas i miejsce przestało się liczyć. Na razie.
Przebudzenie nastąpiło gwałtownie ale w kulturalny sposób. Nie było żadnej zimnej wody na głowę, kopniaków czy nacinania palców. Był za to zapach siana, zwierząt gospodarczych i dymu z ogniska. Wszyscy ocknęli się w zamkniętej przestrzeni przypominającej wnętrze budynku gospodarskiego. Przez szpary w spojeniach belek było widać przemykające cienie krążące wokół budynku. Przy bliższym przyglądaniu się zamieniły się one w gobliny, które najwyraźniej na terenie farmy zrobiły sobie obozowisko. Wszędzie paliły się ogniska, unosił się zapach pieczonego mięsa i smród odchodów. Wszystkie budynki były zajęte przez gobliny, które najwyraźniej odpoczywały. Najwidoczniej światło je raziło lub czyniło znacznie mniej żwawych. Dopiero jak zaczęło się ściemniać, to ruch na zewnątrz się nasilił i po zachodzie zamienił się niemal w zgiełk.
- Cholera, utknęliśmy tu – zauważył Ganz.
- Taaa… – mruknął elf patrząc na rosnący ruch na zewnątrz. – Gobliny. I to nie lubiące światła dziennego. To daje…
- Już chcesz uciekać? – golibroda patrzył na to wszystko i załamywał ręce. – Złapali nas jak kaczki, wpadliśmy jak zawsze bo zachciało nam się po nocy ścigać tych, co w nocy czują się jak ryba w wodzie. Już po nas. To koniec. Koniec gry…
- Nie jojcz, golibrodo – mag zaczął opukiwać ściany. – Tu musi być jakieś wyjście. W końcu te wielkie wrota z dwoma strażnikami przed nimi to nie może być jedyne wyjście.
- Łatwo ci mówić. Ty wśród gnoju i zwierząt czujesz się jak u siebie a ja prosty chłopak z … Nuln jestem – nie ukrywał już swojej pseudo tileańskiej tożsamości.
- Gadaj sobie gadaj, lepiej rusz się i pomóż. Tylko za dnia mamy szansę. Nie wiadomo, ile będziemy czekać na radę. I jaki będzie jej wynik. Może skończymy jak sami wiecie kto – mag wskazał ręką na róg pomieszczenia. To stamtąd słychać było ryki stworzenia, które nazywano Gobem. Jeszcze zanim upadli przed wejściem na farmę wiedzieli, że to troll. A jak słyszeli jego ryki i strach jaki wzbudzał wśród drobnych goblinów – nie mieli już Szaman goblinówwątpliwości. Skoro mieli Goba i ktoś miał po niego przyjść, to ciekawe kim jest ten szaman, który ich przyjął.
Póki co najważniejsze było wyjście stąd. Giuseppe też się ruszył i zaczął oglądać każdy kąt pomieszczenia. Wreszcie wysiłki wszystkich zakończyły się sukcesem i udało się znaleźć klapę pod klepiskiem. Przerdzewiałe kółko wytrzymało naprężenie ale klapa nie chciała się otworzyć. Śmierdziało gnojem i ziemią co nie zachęcało, ale było z całą pewnością lepsze niż więzienie w chlewie. Od środka trzymał ją łańcuch, który najwyraźniej był zaczepiony o coś na dole. Wystarczy by ktoś od wewnątrz odczepił łańcuch i można by było zejść na dół. Tylko że nie było nikogo takiego. Ciągnięcie nic nie dało, bo siła łańcucha była duża. Gdyby mieli siekierę lub młot byłoby łatwiej, ale bez narzędzi tego nie otworzą. Chyba że…

- Hop, hop – półszeptem odezwał się Giuseppe wietrząc szansę na wydostanie się. – Jest tam kto?
Odpowiedziało tylko bardzo, bardzo słabe echo. I cisza. Powtórzenie zawołania też nie dało żadnego rezultatu, ale za trzecim razem ktoś się odezwał. Głos należał do dziecka, dziewczynki, zaledwie kilkuletniej. Był piskliwy, drżący i słabiutki. Dobiegał z dołu i dawał nadzieję na uwolnienie.
- Kim jesteś dziewczynko?
- Jestem Flea. A wy nie jesteście potworami?
- Skąd. My jesteśmy dobrzy. Potwory chodzą po twojej farmie.
- Oni są straszni. Wrzucali do studni różne rzeczy. I zabrali mamę i tatę. I wszystkich. Ja im uciekłam na dół, do studni. Tu mnie nie dostaną.
- Długo tu jesteś? – mag starał się wybadać dziewczynkę, ale z zewnątrz nie było wiele widać. Najważniejsze, że nie było tam śladu dharu ani spaczenia.
- Parę dni. Ukrywam się przed nimi. Za dnia oni śpią to wychodzę, a w nocy śpię. Oni zaś czuwają.
- Czy możesz odpiąć łańcuch? Ten, co trzyma klapę?
- Mogę. Ale skąd mam wiedzieć, że nie jesteście tymi potworami?
- Pokażę ci rękę. Zobaczysz, że nie jest zielona.
Giuseppe wsunął rękę do środka i schował zaraz. Dziewczynka dziewczynką, ale nie wiadomo, co siedzi na dole. Mag zapewnia, że nie ma tam nic niebezpiecznego, ale kto go tam wie. Nie czekali długo i z dołu dobiegł dźwięk zgrzytania łańcucha i brzęk stali. Klapa została uwolniona i teraz stała otworem zionąc smrodem kloaki i mokrej ziemi.
Mag zszedł pierwszy. Patrzył ciekawym wzrokiem śledząc zawirowania wiatrów mocy. Nie zauważył niczego niepokojącego. I dobrze. Dostrzegł za to dziewczynkę. Stała przy ścianie, trzymając się jedną rączką kilku korzeni wystających z ziemi. Za nią widać było niewielki tunel kończący się studnią odcinającą się szarym prostokątem ściany. Wkrótce zeszli wszyscy i przeszli do studni. Choć byli wolni to wyjście ze studni nie było łatwe. Trzeba było skoczyć łapiąc się sznura a potem wspiąć się po tym śliskim sznurze do góry. I mieć nadzieję, że żaden z goblinów nie będzie chciał zajrzeć do środka. W dole zaś widać było gnojowicę, kilka połamanych szczątków drzwi czy płotu oraz kawałków ubrań. Wpadnięcie w to nie było niczym dobrym i mogło zostawić wiele pamiątek na skórze.

GobPlan, jaki zrodził się na szybko, był prosty, trudny i kompletnie bazujący na improwizacji. Takie plany były najlepsze. Elf miał wspiąć się na linę i z niej wyjść przez studnię na zewnątrz. Tam, pod osłoną dnia, miał otworzyć drzwi ich więzienia i wypuścić resztę. Potem mieli znaleźć szamana by odebrać mu swoje rzeczy i oczywiście kamień. Dla stojących nad dołem gnojnym taki plan wydawał się bardzo realny i chyba jedyny. Sprzymierzeńcem miał być dzień, który uśpi gobliny i da cenny czas na przygotowanie się na ich ewentualny atak.
Z realizacją planu trzeba było poczekać do ranka. Nakazano dziewczynce zostanie tutaj – przynajmniej będzie bezpieczna bo nie wiadomo, co będzie działo się na górze. Magia nie mogła tu wiele pomóc bo szaman mógł wyczuć więc trzeba było trzymać się bez magii najdłużej jak się da. I się zaczęło. Elf wszedł po linie na górę. Pod osłoną mgły rozejrzał się po okolicy i upewnił się, że gobliny odpoczywały po ciężkiej służbie. Kilku chodziło wokół, ale mgła skutecznie kryła wszelkie ślady i dźwięki. Broń w postaci szabel orczych zdobyli na śpiących napastnikach zabijając ich we śnie. Największe niebieskie promieniowanie pochodziło z jednego z piętowych budynków i tam zakładano, że przebywa szaman. Udało się zakraść w pobliże i wejść do środka. Leżące pokotem gobliny to kuszący kąsek a eliminacja ich zanim się przebudzą byłaby najlepszą inwestycją w przyszłość. I tak, idąc od jednego śpiącego do drugiego, elf z Giuseppe szlachtowali każdego zielonoskórego na swojej drodze. Oczywiście do czasu aż ktoś z nich nie dotarł do takiego, który ma lekki sen. A gdy to się stało…
Krzyk, potem ryk i zrobiło się zaraz gorąco. Od razu zaczęły walić pioruny, okrzyki wstających goblinów mieszały się ze szczękiem broni, stukaniem drewna i skrzypieniem otwieranych drzwi. Nie zostało wiele czasu i pozostało teraz załatwienie szamana. Szybkie przedostanie się na schody i wejście na piętro dało kilka cennych minut zanim gobliny spostrzegą się co do natury zamieszania. I odkryją ciała w izbie. A tymczasem szaman zdawał się czekać na grupę u szczytu schodów. W zaledwie kilku skórach, z koroną na głowie i laską w jednym ręku był w tej jednej chwili uosobieniem wszystkich złych snów, które mogą spotkać człowieka. Na idącego pierwszego maga spadła błyskawica wypuszczona z oczu zielonoskórego. Zabolało jak cholera, ale motywacja do usunięcia zagrożenia była większa. Tym bardziej, że cała armia pokurczów już czekała by ich dopaść i było tylko kwestią czasu ich znalezienie. Bez szamana pójdą w rozsypkę i wtedy chaos będzie naprawdę duży. I stało się to bardzo szybko bowiem połączona odpowiedź maga i jego zdecydowane kroki w stronę czarownika spowodowały, ze obaj wylądowali na podłodze. Pierwszy pozbierał się mag i zaczął okładać dużo mniejszą postać pięściami po głowie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Zielona posoka zaczęła płynąć z pyska, który słabł coraz bardziej. Nie pomogła korona, nie pomogła magia i nic nie pomogło wobec brutalnej i bezpośredniej siły.
Gdy mag kończył sprawę z ich niedoszłym katem reszta odnalazła swoje rzeczy i zaczęła rozglądać się za ucieczką. Na zewnątrz pioruny zaczęły bić chyba na oślep bowiem co i raz drżały deski podłogi i ściany domostwa. Do tego zaraz dołączył smród spalenizny, krzyki rannych i okrzyki zwołujące innych. Chaos, który rozgorzał za ścianami schronienia, był trudny do wyobrażenia. Do niego doszło dość regularne drżenie świadczące o tym, że coś dużego zmierza w ich stronę. I nie było pokojowo nastawione.
Kilka piorunów uderzyło w dom. Jedna ze ścian rozpadła się odsłaniając pobojowisko. A tam ciała goblinów mieszały się z uciekającymi zielonoskórymi i błotem. Nad wszystkim górował potężnej postury troll i łamał małe postacie jak patyki. Kierował się najwyraźniej w stronę grupy i pewnie martwego szamana. Jego ryk świadczył o tym, że nie odpuści. A pioruny siekły powietrze raz za razem. Wreszcie dopadł on domu i zaczął go na oślep okładać pięściami. Drewno trzeszczało, gobliny krzyczały i troll ryczał. Pandemonium w pełnej krasie, której nawet nikt wcześniej nie śmiał sobie wyobrazić. Świat się walił i najwyraźniej miało się to stać teraz.

Azgar nie zamierzał się poddawać. Pioruny jakoś omijały bestię a trzeba było do niej się dostać by wreszcie go dopadło. Nigdzie nie można było znaleźć buteleczki od maga, która mogła w mgnieniu oka zakończyć to wszystko. Trzeba było sobie poradzić bez tego i tylko pioruny mogłyby tego dokonać. Wziął włócznię od martwego goblina, zawiązał na niej koronę i miał nadzieję, że nie spadnie podczas rzutu. Potem tylko potężny zamach i drewniany oścień poszybował w deszczu wprost w potężne cielsko trolla. Nie było trudno trafić, ale nie takie przypadki się zdarzały, że nawet w większy cel niektórzy nie trafiali. Na szczęście bogowie mieli grupę w swojej opiece i ryk zranionej bestii świadczył o udanym rzucie. Korona działała i pioruny wkrótce spadły na Goba żłobiąc w twardej skórze głębokie, czerwone ślady. Kolejne uderzenia osłabiły olbrzyma na tyle, że padł i już się nie ruszał. Kolejne spadły na cielsko rozrywając je zupełnie. Resztki potwora zaczęły dymić z sykiem pożerając niemal na oczach pozostałych ziemię i ciała nim pokryte. Pioruny uspokoiły się a nad pobojowiskiem zapanował szum od ognia, deszczu i słabnących krzyków zielonoskórych. Bitwa zakończyła się choć farma nie będzie się nadawać do zamieszkania.
Ostatni z kamieni był ukryty w piwnicy a jego wydobycie było trudne ale nie niemożliwe. Załadowanie na wóz przypieczętowało zakończenie wyprawy i wzbudziło pytania o dalsze kroki. Mag z całą pewnością będzie chciał mieć ten kamień by dokończyć sprawdzanie tego, co się tutaj dzieje. Uczony podkreślał, że to rodzaj pieczęci ochronnej zatem lepiej by było to w całości i chroniło przed tym, co trzeba. Coś trzeba było zrobić i najwyraźniej ten kamień miał odegrać główną rolę w tym całym zamieszaniu. Mag Niebios miał pojawić się tu u nich lub spotkać po drodze więc nikt nie tracił czasu na pozostanie tutaj tylko od razu chwycił za wózek i zaczął pchać go do bramy.
armiaRanek dopiero co się rozpoczynał i jeszcze poranne mgły dobrze nie zrzedły gdy udało się dopchać wóz do rozbitej bramy farmy. Za nią otwierała się droga powrotna od Stromdorfu oraz… całe zastępy goblinów ustawionych w rzędzie i najwyraźniej czekających na rozkazy. Jeden z nich, rosły i pokryty bliznami osobnik, na widok wozu chwycił szablę, uniósł ją w górę i zaryczał: “Gobsztajn!!!!!!!!”
Ten dzień miał trwać jeszcze całą wieczność.

View
Stromdorf, Zachodni Reikland 26 Sommerzeit 2588
5

Stromdorf„Myślenie o ludziach północy jako o barbarzyńcach jest bardzo mylące. Mylące o tyle, że spodziewamy się po nich reakcji odpowiednich dla ludzi nieokrzesanych i nie obytych w świecie. Trzymanie się tego stereotypu może być bardzo zgubne i czasami nawet bardzo bolesne. Trudny klimat oraz niemal nieludzkie warunki życia nie oznaczają, że ci ludzie nie znają pojęcia uczuć czy współodczuwania. Potrafią opiekować się dziećmi i zrobią dla nich wszystko co już jest oznaką kulturową graniczącą z empatią. Wielu uczonych nie zgodzi się z tym mówiąc, że stado wilków również wykazuje takie zdolności a jednak są to dzikie zwierzęta i trudno w ich przypadku mówić o kulturze. To prawda, choć trzeba rozgraniczyć tutaj zwierzęce instynkta od ludzkich odruchów. Poświęcenie jest jednym z nich. Czasami nawet graniczące z zdradą własnych ideałów. Norskmeni potrafią zjednoczyć się z wrogiem by pokonać silniejszego i nie mają oporów by to robić. Uznają przywództwo silniejszych bez niepotrzebnego przelewania bratniej krwi. I oczywiście znajdują przyjemność we wszystkich rzeczach, które dla nas wydają się być pospolite. Śpiew, wino i kobiety to największe przymioty Norskmenów. W Kislevie nawet funkcjonuje podobne określenie znaczące to samo, ale tłumaczone przez równie okrutne prawa i warunku – dupa, bimber i harmonia. Nawet, o dziwo, mroczne elfy mają podobne określenie choć przekręcone przez ich spaczone umysły ale sugerujące dość silne wpływy Norski – skóra, krew i krzyki. Dlatego nie sądźmy nigdy według tego, co krąży jako plotka tylko przekonajmy się sami jak to jest naprawdę.”
Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom I, str. 31

Padało tego dnia tak bardzo, że nie było widać nic na odległość paru metrów. Dawało to cień szansy na zbliżające się starcie na bagnach i powodzenie wywiezienia elfiego kamienia z samego serca obozu zwierzoludzi. Deszcz skutecznie przytępiał wzrok nie tylko ludziom, ale również bestiom. Dodatkowo ich zmysł węchu również miał pozostać zagłuszony padającym deszczem i wszechobecną wilgocią. Idący na południe milcząco wychodzili z miasta. Grupa kapłana miała najcieższe zadanie bo to oni mieli podjąć główną siłę ataku i przyjąć na siebie główne uderzenie wodza i jego świty. Grupa wraz z magiem i łowcą mieli wejść do obozu i zająć się kamieniem. Według wszelkich przewidywań miał tam być szaman oraz ci, którzy zostali do pilnowania obozowiska. To mogło Bagnobyć równie ciężkie co główny atak i dlatego też trzeba było być przygotowanym na przeważające siły wroga.
Pierwszy dzień podróży w deszczu upłynął na wspólnym marszu na południe. Nikomu się nie spieszyło do śmierci dlatego każdy krok był pilnie stawiany przy akompaniamencie mlaskania błota i cmokania wody pod stopami. Wieczór i noc przeszła bez komplikacji. Nadal było mokro a to dawało nadzieję na powodzenie całej akcji. Rankiem wielebny kapłan Sigmara wraz z kilkoma ludźmi udał się na południe, w stronę farm. Tam mieli przejść na bagna głównym szlakiem i zaczekać na świt. W tym czasie druga grupa miała udać się okrężną drogą do obozowiska i tam uderzyć. Sygnałem miało być ruszenie do walki zwierzoludzi, którzy zostaną zwabieni z samego rana od głównego traktu. Zgodnie z przewidywaniem oddział miał ruszyć na ludzi i zmieść ich z powierzchni bagna. W tym czasie drużyna miała wejść do obozowiska.
Przemarsz przez bagna nie należał do przyjemności. Tropiciel prowadził wszystkich tak, że nie wymagało to skakania czy brodzenia po pas w bagnie, ale i tak nie było łatwo. Tym bardziej, że wraz z nimi ciągnięty był wóz i on też musiał przejechać przez wodę i błocko. Wszystko wokół śmierdziało i było mokre. Zielone i siwe brody mchów porastające wykroty u rachityczne drzewka straszyły swoim wyglądem i były siedliskiem małych robaczków pękających pod palcami jak purchawki. Niewielkie kępki gęstych krzaków i nielicznych zagajników dawały chwilę i umożliwiły stanięcie bodaj na kilka chwil na stałym gruncie. Chciano jak najszybciej przejść w pobliże obozu i mieć to za sobą. Pogoda nie nastrajała optymistycznie i coraz bardziej defetystyczne myśli pojawiały się pomiędzy ludźmi. Dopiero popołudniowe natknięcie się na patrol pozwolił skupić się na konkretach. Zwierzoludzie zdawali się równie zdziwieni pojawieniem się ludzi jak ludzie nimi. Co prawda słyszeli wokół jak patrole krążą ale nie sądzili, że natkną się na jeden z nich. Walka, jaka wywiązała się z tego spotkania, była krótka i gwałtowna. W zasadzie wystarczył jeden piorun Niklasa, który zlał się z piorunem strzelającym w odległe obozowisko. Jeden grzmot i kilka trupów dołączyło do grząskiego bagiennego gruntu. Czym prędzej uprzątnięto ciała, zatopiono w bagnie i wycofano się w stronę łęgu pełnego olch by przeczekać noc i z rana poczekać na wejście do obozowiska.
Noc upłynęła na nasłuchiwaniu czy z obozu bestii nie płynął jakieś niepokojące dźwięki w postaci wcześniejszego wymarszu lub działań bitewnych. Na szczęście nic poza piorunami i kilkoma krzykami ptaków nie mąciło nocnej ciszy. Posileni, przemoczeni ale pełni nadziei wszyscy podeszli pod obozowisko i ukryli się w krzakach czekając na sygnał. Zwierzoludzie budzili się ze snu. Ryczeli od czasu do czasu, szczękała broń, stukały kopyta i dało się słyszeć kilka zdań w gardłowej mowie zwierząt. Smród zwierząt był bardzo dojmujący i nawet padający deszcz tego nie zmienił. Dlatego byli spokojni jeśli chodzi o ich wywęszenie – przy takim nagromadzeniu zwierzęcych zapachów ich własny ginął i nie miał prawa się wybić ponad to.
BeastmanCzekano w milczeniu gdy w obozie podniósł się rejwach. Dało się słyszeć galop, kilka gardłowych krzyków przypominających rozkazy i dużą ilość maszerujących kopyt. To był znak. Zwierzoludzie zobaczyli kapłana i teraz jadą po niego i pewne zwycięstwo. Tymczasem samo obozowisko ucichło. Na pewno ktoś został – co do tego nie było wątpliwości. Trzeba było tylko pod osłoną deszczu przemknąć się i dostać do środka. Niby nic prostszego…
Siąpiący deszcz nie był intensywny ale widoczność ograniczał. Dlatego jak z mlecznej zasłony wyłonił się róg namiotu ze skór to wiedziano, że wkroczyli na teren zwierzoludzi. Ślady kopyt na ziemi dopełniały reszty obrazu a nienaturalna cisza wzmogła czujność. Przy namiocie rozdzielono się. Mag z ludźmi ruszyli na prawo, by dojść do centrum obozu i przynajmniej zobaczyć, gdzie jest niebieski kamień. Grupa zaś ruszyła na lewo by dojść do centrum z drugiej strony i w razie co związać walką te bestie, które zostały. Drogi obu grup się rozdzieliły. Drużyna podeszła ostrożnie do kolejnego namiotu. Za nim teren powoli się wznosił i wszystko sugerowało, że mogło to być centrum obozowiska. Nawet nie zdążono się porządnie rozejrzeć gdy zza namiotu wypadło na ludzi trzech zwierzoludzi. Szybki doskok do przodu Giuseppe związuje walką wszystkich. On sam, jak przystało na miłującego pokój Tileańczyka, ograniczył się tylko do parowania tarczą i liczenia, że żaden cios go nie sięgnie. Elf rzucił się z drugiej strony namiotu by okrążyć bestie i zaatakować od tyłu. Mag zaś wychwycił wzrokiem majaczący się w oddali kamień i kilku stojących przy nim zwierzoludzi. Rzucił w ich kierunku bańkę z oliwą, która brzęknęła na kamieniu i oblała wszystko dookoła. Jak się wkrótce okazało w tej grupie był szaman bowiem jego chrapliwe wykrzykiwanie inkantacji brzmiących jak parodia rzucania czarów wypełniło powietrze. Niebieskie wyładowania objęły inne bestie, w które wstąpił duch walki. Giuseppe tylko mocniej zacisnął rękę na skórzanym pasku od tarczy i liczył na to, że ktoś wreszcie coś zrobi z potworami, które chcą go nadziać na swoje włócznie.
Mag rzucił magiczną strzałkę w stronę najbliższej bestii. Elf wypadł z drugiej strony namiotu i natarł na trzech zwierzoludzi co odciągnęło jednego od atakowania balwierza. Ganz zaś już przebijał się przez namiot by zapalić oliwę i rzucić ją w stronę tej, która rozlała się na kamieniu. Udało mu się dostać do środka namiotu przez co miał chwilę i nic padającego z góry by rozpalić ogień i zapalił przygotowaną bombę oliwną. Nasłuchiwał tylko czy z zewnątrz nie brzmi nic podejrzanego. Wiedział, że to będzie ciężkie, co będzie musiał zrobić, ale nie było innego wyjścia. Bestie skutecznie odcięły ich od szamana i stojącego przy nim kamienia ofiarnego. Ten rzut mógł być jedyną ich okazją do zadania im poważniejszych obrażeń. Gdy zapłonął ogień, złodziej wiedział, że ta łatwiejsza część jest za nim. Tymczasem na zewnątrz piorun spadł w sam środek walczących. Poraził zarówno bestie jak i ludzi. Giuseppe miał osmaloną czuprynę i całe szczęście, że się zgolił przed wyruszeniem bo zapłonąłby jak stos na Noc Wiedźmy. Dwóch zwierzoludzi padło w smrodzie palonego mięsa i charkotach dobywających się z ich gardeł. Tileańczyk mógł odetchnąć bo został tylko ten, który stał przy elfie i próbował go trafić. Było widać, że Azgar też dostał wyładowaniem, jednak nadal napierał i nie widział wiele poza przeciwnikiem i rządzą mordu w jego ślepiach. Przeklęty kamień
Ganz wybiega z namiotu. Robi dwa kroki i bierze zamach ręką, w której trzyma zapalony baniak z oliwą. Ogień skrzy się na deszczu i syczy, ale nie gaśnie. Ręka zatacza łuk i pocisk wylatuje z ręki człowieka. Mknie ponad głowami walczących by uderzyć w kamień i rozlać się zapalając od płonącej szmaty. Szaman i dwóch jego pomagierów zajmuje się ogniem. Ryk strzela w niebo i zwiastuje początek końca stada. Mag poprawia strzałką ale nie widać efektów trafienia na ciele szamana. Giuseppe zaś wkłada wszystkie siły w cios, który ma powalić ostatniego stojącego przy nim zwierzoludzia. Udaje się i cios przebijający bok bestii powala ją w błoto obozowiska. Euforia jest krótkotrwała, ale za to jakaż przyjemna. On, człowiek zajmujący się goleniem ludzi, zabija samodzielnie bestię, które do tej pory zamieszkiwały jedynie wnętrze jego zakładu fryzjerskiego w opowieściach klientów. Może to właśnie ta euforia kazała mu podnieść z ziemi włócznię uwalaną jego własną krwią. To może ona prowadziła jego rękę, gdy brał zamach i wypuścił w powietrze zabójczy grot broni. Może to przeznaczenie spowodowało, że szaman dostał tym ostrzem w pierś i padł bez życia obok swojego cennego kamienia rytualnego. Tego nikt i nigdy nie będzie wiedzieć do końca, ale Giuseppe wiedział, że ta chwila będzie właśnie tą, którą będzie się chwalił swoim wnukom przy kominku w zimowe wieczory. Nic innego się teraz nie liczyło.
Piorun, który potem zagrzmiał, powalił resztki przeciwników. Zza zasłony deszczu wynurzył się mag a wirujące wokół niego niebieskie pasma wiatru magii studziły się z sykiem. Wszystko wskazywało na to, że bój na bagnach dobiegł końca i udało im się przeżyć to zdarzenie. Wszyscy popatrzyli na kamień a w szczególności w jego górną część. Tkwił tam kawałek innego kamienia, całego białego kiedyś, ale obecnie niewiele różniącego się od obrośniętych mchem kamulców. Jednak to, co go wyróżniało, to niebieska aura, która nie zostawiała wątpliwości co do natury kamienia. Taką samą miał kawałek znaleziony w Ogrodach Morra i o pomyłce nie mogło być mowy. Dlatego czym prędzej ściągnięto ten nowy kawałek z kamienia zwierzoludzi i załadowano na wóz. Postanowiono ruszyć główną drogą i dotrzeć do grupy, która miała zająć się głównymi siłami plemienia. Liczono, że może będzie okazja do pomocy albo uściśnięcia dłoni kapłana po wygranej walce. Nie dopuszczano do siebie możliwości by wielebny i jego ludzie nie dali sobie rady z przeciwnikiem.
Po godzinie, może dwóch dostrzeżono niewielki placyk na bagnach i chodzącego po nim człowieka rozpalającego ogromne ognisko. Tam dorzucał ciała do ognia paląc kopyta, rogi i ogony. Pomagali mu inni, ale w liczbie dużo mniejszej niż to pamiętano, gdy się rozdzielali. Drużyna podciągnęła wóz pod drugą grupę. Przywitano się z kapłanem, który cały we krwi mówił, że Sigmar dał im zwycięstwo. Co prawda kilku zginęło, ale to nic wobec tego, czego dokonano. Osobno leżał potwór, który był chyba wodzem, bo jego rozmiary budziły strach a potężna maczuga wzbudzała respekt. Zmiażdżona głowa oraz bok wskazywały że razy świętego młota były celne i bardzo zabójcze. Wspólnymi siłami uprzątnięto teren i zostawiono płonący stos, który w takim deszczu wkrótce zostanie ugaszony. Jednak to, co ma się spalić, spali się. Rannych i trupy zabrano na wóz i takim sposobem wrócono do Stromdorfu.
Głowa bestiiJeszcze jednym cennym znaleziskiem, które poczyniono niemal bezwiednie, był sygnet znaleziony przy szamanie oraz jego laga. Sygnet miał wygrawerowany jakiś herb w którym młot krzyżował się z oskardem. Przypominało to oznaczenie cechowe jakiejś kopalni i było dość niezwykłe w rękach bestii. Pierścień emanował niebieską magią i wylądował w woreczku z pierścieniem od maga. Za tą robotę miano dostać kolejny pierścień i była to solidna lokata kapitału. Lepiej nosić jeden pierścionek na palcu niż mieszek przy pasie wypchany złotem. Za wiele oczu śledziło coś takiego i za wiele rąk było chętnych by zmienić ten stan rzeczy. A wracając do wynagrodzenia, to po tej wyprawie oczekiwano też tego, że kapłan wprowadzi drużynę do podziemi i będą mogli sprawdzić, czy nie ma tam części elfiego kamienia. Uderzenia piorunów w przybytek Sigmara były zdecydowanie za częste jak na zwykłą burzę. Kapłan obiecał i wypełnił swoją obietnicę.
Jeszcze tego samego wieczora weszli po kamiennych schodach do krypty pod świątynią. Była ona najstarszą częścią budowli i faktycznie nosiła magiczny ślad wiatru asul. Pod kamieniami w głównej krypcie, gdzie pochowani byli wszyscy kapłani świątyni, tkwił kawałek kamienia. Możliwe, że w czasach, gdy była tu świątynia Wereny, chciano go przez to w jakiś sposób chronić albo izolować albo mieć na oku. Teraz nie da się tego stwierdzić bo historia tego miejsca zatraciła się bezpowrotnie, ale kto wie czy złożenie kamienia w jedno nie odsłoni tej historii na nowo. W tej chwili, gdy burza szalała nad Stromdorfem, nie liczyło się nic innego jak zażegnanie tej sytuacji. Według słów maga tylko w ten sposób można było tego dokonać. Coś zostało tu przebudzone a ten kamień, ta pieczęć, jest kluczem do uspokojenia wszystkiego. Pogoda robiła się coraz gorsza i kto wie, czy upływający czas nie działa na szkodę wszystkich przybliżając burzową apokalipsę.

View
Stromdorf, Zachodni Reikland 24 Sommerzeit 2588
4

StromdorfBy przeżyć na dalekiej północy ważne są dwie podstawowe zasady – nigdy nie moknij i zawsze zapewnij sobie ciepło. Wilgoć w niskiej temperaturze to niemal zabójstwo dla ciała zaś o braku ognia przy trzaskającym mrozie nie wspomnę. Jednak tradycyjne sposoby zapewnienia tych dwóch potrzeb mogą się różnić od tego, co znamy u nas, w Imperium. Chociażby ciepło. My go zrozumiemy jako rozpalenie ogniska w lesie. Można się ogrzać, coś zjeść i odgonić zwierzęta, które boją się ognia. Na północy jest ciężko o drewno i rozpalenie ognia często jest po prostu niemożliwe. Dlatego myśliwi stosują focze skóry zdzierane z żywych zwierząt, w które się zakręcają i tym sposobem mogą przetrwać noc nawet w skrajnie niekorzystnych warunkach. Jeszcze inny to budowa schronienia z lodu, który spaja się moczem. Dzięki temu wewnątrz utrzymuje się temperatura znośna z ogrzewania ciała i wiatr nie ma dostępu do środka. Ochrona przed wilgocią jest równie prosta co istotna. Zapomnij o wpadaniu w przerębel czy do otwartej rzeki. Szanse na przeżycie są znikome i tylko Morr mógłby wtedy pomóc. Deszcz jest mało spotykany ale śnieg oraz pot jak najbardziej i to przed nimi trzeba się chronić. Na śnieg wystarczy kaptur albo szałas nad głową (spójrz na lodowe schronienie w przykładzie z ciepłem). Na pot dobry jest foczy łój albo smalec z niedźwiedzia – wystarczy się natrzeć i nawet kropla potu nie wychynie spod warstwy tłuszczu, która dodatkowo zapobiega wyziębieniu. Na wszystko są sposoby i jeśli zachowuje się podstawowe zasady obcowania z zimnem, to można przeżyć znacznie dłużej niż przeciętny Tileańczyk w osadzie Norskmenów. Oczywiście jeśli nie dostanie się w brzuch harpuna mrocznych elfów. Na to nie znaleziono jeszcze skutecznego lekarstwa.”

Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom I, str. 31

„Grzmiąca woda” otoczyła grupę ciepłem i suchością. Po wizycie na cmentarzu i powrocie z niego byli cali mokrzy. Kilka godzin na deszczu nie wytrzymają nawet najlepsze kurtki, płaszcze i skóry. Teraz wszystko schnie i paruje uwalniając swój nietuzinkowy aromat. Kasza i piwo mile grzały żołądek. Ciekawe spojrzenia miejscowych grzały ego niektórych. Można było teraz zrobić podsumowanie i zastanowić się, co dalej. Mieli kawałek czegoś, co wstępnie mag określił jako fragment większej całości, coś jak pieczęć. Wnieśli to na górę i teraz on pastwił się nad tym usiłując odcyfrować znaki, przejrzeć przeszłość kamienia i ustalić w jaki sposób wpływa to na aurę okolicy. I bez głębszych nauk widać, że kamień ściąga pioruny. Otacza się błękitną magią i wpływa w jakiś sposób na otoczenie. Wiedząc to wszystko i wędrując w pobliżu kamienia przez tyle godzin można było dość łatwo ustalić kilka miejsc, gdzie mogły być dalsze fragmenty marmuru. Mag nie miał wątpliwości, że są jeszcze inne kawałki. Wzór na tym jednym sugerował, że jest to fragment całości i musi to być gdzieś tutaj. Obiecał, że kolegium będzie hojne, jeśli drużyna znalazłaby dalsze fragmenty. A drużyna nie powiedziała „nie”.
Mając teraz już pierścień od maga jako zapłatę za ten jeden kawałek dalsza przyszłość była całkiem obiecująca. Szczególnie, że kolejne części wydają się być faktycznie w pobliżu. Z dość dużą regularnością pioruny uderzały w pobliżu świątyni Sigmara. I podobnie rzecz się miała z bagnami. Wracając drogą z Ogrodów Morra widać było jak pioruny biły po prawej stronie, właśnie od strony bagien. Miejscowy tropiciel i łowca, Franz, mówił, że na bagnach żyją zwierzoludzie. Miasteczko nauczyło się z nimi żyć – przy małej liczbie żołnierzy utrzymywał się status quo po obu stronach. Żadna z nich nie miała wystarczających sił by samodzielnie zniszczyć przeciwnika ale wystarczająco by się obronić. Ludzie mieli miasto i mury zaś zwierzoludzie bagna i szamana. Obie strony zdawały się tolerować taki stan rzeczy bo udało się dzięki niemu zachować życie.
Elf bardzo się dziwił, że takie coś ma miejsce. Przecież takie coś trzeba wypalić żelazem i posypać solą by nie plugawiło w przyszłości. Dowódca garnizonu straży nie miał ludzi by wysyłać ich na bagna. Kapitan Kessler musiał teraz zająć się cmentarzem i zniszczeniami, które tam zostały poczynione. Musiał też dbać o bezpieczeństwo miasta i nie mógł uszczuplać mało licznego garnizonu jeszcze bardziej. Dlatego gdy już wszystko poschło i można było wyjść wieczorem znów na deszcz, pierwsze kroki postanowiono skierować do kapłana Sigmara. Jeśli ktoś miałby pomóc to tylko on.
Magnus_GottschalkWnętrze pachniało kadzidłem i mokrym kamieniem. Dość obszerne wnętrze wypełnione było ławami oraz kamiennym ołtarzem obok którego stał naturalnej wielkości posąg Sigmara. Wszędzie na nim wisiały wota od wyznawców – dużo broni, wisiorki, amulety i strzały od łuku. Widać było, że to figura wojownika i pewnie wojownicy go odwiedzali. Kapłan też był w środku. W pełnym napierśniku z grawerowanym orłem imperialnym na klacie i z dwuręcznym młotem w rękach oczekiwał wiernych. Jak tylko drużyna weszła do środka, to zwrócił się do nich:
- W czym może pomóc wam świątynia Sigmara i moja skromna osoba.
Szrama na twarzy, ogorzała skóra i wyraźnie przyzwyczajone do młota ręce wskazywały, że kapłan miał za sobą niejedną bitwę. Surowe oblicze zdradzało również rygor i pewną powściągliwość w zachowaniu.
- Witaj czcigodny – zaczął elf. – Przybyliśmy do miasteczka w swoich sprawach, ale inne, jak zapewne wiesz, zatrzymały nas tutaj na dłużej. Byliśmy na cmentarzu, gdzie pojawili się nieumarli i znaleźliśmy martwego kapłana Morra. Chaos był niemal pod bokiem i taka sytuacja nie może być przez ciebie akceptowana.
- I tak jest wędrowcze. Jednak spójrz na mnie i moją świątynię. Jestem tu sam z pomocnikiem a tereny wokół rozległe. Nie mogę być wszędzie i nie dopilnuję wszystkiego. Dobrze się stało, że ktoś był na miejscu i czuwał nad wszystkim. To poprzez was wypełnia się wola Sigmara i ochrania nas przed plugastwem zła i czerni. Chciałbym wam podziękować za to. Wiedziałem, że przyjdziecie. Sigmar mi to objawił.
Wszyscy przyjęli w spokoju te hołdy. I zaskoczyli się ostatnim wyznaniem.
- Jak to objawił? Co widziałeś panie?
- Mrok i krew. I kopyta. Bardzo dużo kopyt. Do tego deszcz. Jakieś ryki i oczywiście wy. Sigmar mi to objawił podczas snu – powiedział spokojnie kapłan.
- Czy wiesz, co to może znaczyć? – spytał Giuseppe, który zaniepokoił się tym wyznaniem.
- To oznaka walki, może ostatniej. Na koniu lub pod koniem. Więcej nie wiem. Tyle tylko widziałem.
Wszyscy popatrzyli na siebie bojąc się wysnuwać jakieś wnioski. Nie jest możliwe by spotkali już kiedyś kapłana ani żeby znał ich powód przybycia. Coś musiało ewidentnie być na rzeczy. Może to faktycznie Sigmar. Przebywali w jego świętym miejscu, które chcieli tylko troszkę naruszyć.
- A czy dobrze znasz historię swojej świątyni, panie? – spytał mag.
- Jestem tu już kilkanaście lat. Od zawsze, tak jak mi to przekazano, istniała tu świątynia NASZEGO boga i od zawsze chroniła wszystkich, którzy się zwracali do niej o pomoc – głos kapłana był niewątpliwie jego mocną stroną.
- W to nie wątpię. Ale czy wiesz, co było dawnej, dużo dawniej?
- Mówiono, ze stała tu świątynia Wereny ale została zniszczona. I to faktycznie było dawno temu.
- A nie została po tym jakaś pamiątka, może coś w piwnicach?
- Nie, nic takiego nie zostało. To święte miejsce i nie ma tu żadnych wpływów chaosu czy plugastwa bożków zła – przekonanie jakie biło z tej deklaracji mogłoby scementować kilka cegieł na kilkanaście lat.
- A czy pozwoliłbyś się nam rozejrzeć wokół?
- Nie. To miejsce święte i tylko osoby godne Sigmara mogą tam wejść. Z tego co wiem, nie jesteście nimi ani jako wierzący ani jako praktykujący.
Mag i elf popatrzyli na siebie. Na razie nic się nie dało zrobić, ale wiadomo przynajmniej, że świątynia może mieć jakieś pozostałości pozostawione po dawnym miejscu.
- A znasz może historię tych ziem? Świątynia prowadzi jakieś księgi czy coś takiego?
- Nie. O to możecie spytać się czcigodnego Hieronimusa. On ma głowę od takich spraw. Znajdziecie go niedaleko świątyni, zaledwie kilka ulic stąd.
Po czym wszyscy wyszli na deszcz by skierować się do uczonego. Już słyszeli o nim i wiedzieli, że muszą do niego trafić. I właśnie trafili, co nie było specjalnie trudne. Faktycznie było to niedaleko świątyni. Słychać było uderzenia piorunów i nawet niektóre uderzały dość często w tych okolicach. Najwyraźniej świątynia ściągała wszystko z okolicy. Łącznie z deszczem.
Po zapukaniu drzwi otworzył starszy, siwy pan w okularach na nosie. Od razu zaprosił wszystkich do środka by nie stać na deszczu. Wnętrze było przytulne, ciepłe i pełne książek. Widać było, że uczonym nie jest tylko z nazwy. Naprawdę robiło to wrażenie, szczególnie że drużyna nie widziała wcześniej w jednym miejscu takiej ilości książek. Nawet na uczniu maga zrobiło to wrażenie.
Zasiedli wszyscy wokół stołu mając za plecami i po bokach regały z książkami. Prym wiodły opracowania historyczne oraz językowe. Nawet elfickie. Starszy pan przez to zaciekawił wszystkich podwójnie.
- Witajcie. Jestem Hieronymus Kopfchen i obecnie jestem już na zasłużonej emeryturze. Wykładałem historię w Nuln oraz uczyłem języków, w tym ildarskiego. Jak widzicie obecnie zostało mi już tylko czytanie ksiąg i cieszenie się z każdego dnia. Pogoda nie rozpieszcza więc przynajmniej spacery mam z głowy. Cóż was do mnie sprowadza?
- To miejsce – zaczął elf. – Tutaj ciągle pada. Czy wiadomo, dlaczego tak jest?
- Trochę się tym zajmowałem. Faktycznie jak na warunki Imperium to miejsce jest wyjątkowe. Tu zawsze pada lub przynajmniej jest pochmurnie. Z kilku zapisków w historycznych annałach widać, że to nie była zbyt ciekawa historycznie okolica. Wspomina się o niej przy okazji tego, że dawno temu był tu niemal wyłącznie las. Miejsce to zasiedlały elfy lub przynajmniej była tu zaznaczona ich obecność. Wspomina się o świątyni czy o czymś takim w okolicy, ale pewnie bardziej na zasadzie podań i domysłów niż twardych faktów. Kolejne fale najazdów zmieniły krajobraz w to, co widać teraz. Kapryśny Teufel zmieniał kilka razy bieg swoich wód przez to las raz podsychał a raz podmakał. Efektem tego jest jego niemal całkowite zniszczenie. Pozostałością są bagna na wschodzie oraz wzgórza na południu. Na pozostałym terenie jest ugór lub próba uprawy roli przez farmerów. W takich warunkach ciężko coś rośnie, dlatego ich praca jest podwójnie ciężka.
- To widzieliśmy, że pada cały czas. Jak to jest możliwe, że coś tu jeszcze rośnie? – Giuseppe był tego ciekaw bo dla niego deszcz sam w sobie już był wynaturzeniem.
- Nie pada cały czas. To dopiero od prawie dwóch tygodni tak jest. I biją pioruny. Coś się zmieniło w okolicy i pewnie dlatego jest tu mag z kolegium. Pewnie już go spotkaliście.
- Tak, właśnie wracamy z Ogrodów Morra, gdzie pomógł nam w walce z nieumarłymi – wtrącił Ganz.
- Tak, słyszałem już to. Szkoda brata Teoderika. Naprawdę szkoda. Był skarbnicą wiedzy ale i dobrym człowiekiem – smutek w słowach uczonego był autentyczny.
Hieronymus Kopfchen- Na szczęście to, co było na cmentarzu już nie żyje a przeklęty amulet, który był sprawcą tego został zniszczony – mag podjął wyjaśnienia. – I to za sprawą kamienia z tarczy bohatera Olausa. Ściąga ona pioruny i jeden z nich uderzył w amulet. To właśnie dla tego kamienia byliśmy tam. Mag kolegialny mówi, że to może być powód zmian w okolicy. Widzieliśmy na tym kamieniu jakieś elfickie pismo czy znaki.
Elf pogrzebał za pazuchą i wyciągnął pergamin z nakreślonymi i odrysowanymi znakami, które były na kamieniu.
- To wyglądało jakoś tak. Czy panie byłbyś w stanie odczytać to, co tutaj jest napisane?
Uczony poprawił okulary na nosie i spojrzał na pergamin. Wodził palcami po napisach, poruszał bezgłośnie ustami i oddychał głęboko.
- To mi wygląda na fragment czegoś większego, możliwe że pieczęci lub znaku ochronnego. Nie ma całości, ale dobór słów i znaków wskazuje na ochronny charakter tego kamienia. To naprawdę ciekawe i pewnie kolejne fragmenty mogą w tym wszystkim jakoś pomóc.
- To samo mówił mag. Mamy podejrzenia co do dwóch miejsc, gdzie mogą być te kamienie. Jeśli oczywiście nadal są w okolicy. Zakładamy, że jednak tak i pewnie coś lub ktoś zostawił je w różnych miejscach. Choć równie dobrze mogła to zrobić sama natura poprzez rzekę czy erozję. Czy jest możliwe by był to jakiś fragment tej świątyni elfów, która była tu dawno temu?
- Mógłby. Pewnie ta świątynia czemuś służyła, chroniła wiernych lub ostrzegała przed czymś. Nie znam się na wierzeniach elfów, ale wiem, że nie powstałoby z ich ręki coś, co nie byłoby w jakiś sposób potrzebne lub użyteczne. Możliwe, że to fragment muru lub podłogi, gdzie była ta pieczęć. Wyraźnie są inne fragmenty bo to sugeruje urwanie tekstu.
- A czy możliwe by coś takiego było w mieście? W świątyni Sigmara chociażby? – spytał mag.
- W świątyni Simagara? Hmmm… – pomruk zaciekawienia uczonego nie zostawiał wątpliwości co do możliwości takiego czegoś. – Tak się zastanawiając to pewnie tak. Kiedyś była tu świątynia Wereny. Kolejne wojny zniszczyły ją całkowicie a jak założono miasteczko to postawiono tu świątynię Sigmara. Zachowano fundamenty więc może coś w nich zostało? Może kapłani mieli jakiś fragment w swoich murach? Może nawet jako eksponat? W końcu Werena jest matką wiedzy. Ktoś musiał mieć jakąś wiedzę o tym kamieniu.
- Podejrzewamy, że coś tam jest. Pioruny biją tam często a to nie jest bez powodu. Mamy też powody sądzić, że jakiś fragment jest na bagnach. Wielu mówi, że tam żyją zwierzoludzie.
- To prawda. Żyją pod bokiem, ale nikt z tym nic nie robi. Tutaj jest za mało ludzi. Z kolei zwierzoludzie mają za mało swoich by zaatakować miasto. To impas, ale dzięki niemu jest tu w miarę spokojnie.
- Jednak nie da się tak żyć – powiedział wyraźnie zagniewany elf. – Przecież to plugastwo, które trzeba tępić. Wszelkimi możliwymi sposobami. A jeśli mamy się wybrać po kamień to obawiam się, że ten stan rzeczy naruszymy i zmienimy. Nie wiem tylko jeszcze jak.
- Widzę elfie, że rwiesz się do poprawiania świata. To dobrze, bo do odważnych on należy. Ale nie zapominaj o jednym. Rozwaga i roztropność to klucz do zwycięstwa niemal każdej walki. Atakowanie bez przygotowania czy ferowanie wyroków bez dowodów ma krótkie nogi i zemści się wcześniej czy później. Jeśli chcesz coś zrobić, to zrób to z głową.
Azgar wiedział już chyba jak to zrobi. Plan kiełkował w jego głowie od czasu wyjścia od kapłana. Pozostało tylko przekonać innych do niego. A po wszystkim koniecznie muszą wrócić do uczonego. Księga z elfickim pismem jest bardzo, ale to bardzo interesująca.
- To jeszcze sprawa tarczy i kamienia na pomniku bohatera. Skąd się to tam wzięło? – spytał mag.
- Według legendy sierżant bronił brodu na rzece przed wojskami wampirzymi. Możliwe, że byli to nieumarli albo inny pomiot. Ostatnią ich redutą był właśnie ten bród. Walczyli do końca i udało im się. Kosztem życia wielu, ale miasto zostało uratowane. Podobno właśnie walczono wokół tego kamienia. To jedyna rzecz jaka była u brodu i na pamiątkę tego wprawiono to w pomnik. Nigdy nie było to coś niezwykłego choć jak mówicie zmieniło się bardzo.
- Tak. Czyli tam gdzie był bród mogła być świątynia?
- Nie, nie sądzę. To pewnie rzeka przyniosła ten kamień a sama rzeka zmieniała kilka razy swój bieg. Kiedyś były tu lasy ale właśnie przez zmienny nurt rzeki już ich nie ma. Możliwe, że płynęła, coś przyciągnęła, ale potem zmieniła bieg. To dlatego teraz jest ciężko namierzyć bród i samą świątynię. Nawet opisanie tego, że była nad rzeką będzie bardzo, bardzo mylące biorąc pod uwagę naturę rzeki.
- To chyba wszystko, co na razie byśmy potrzebowali. Dziękuję za pomoc i zajrzymy tutaj jeszcze nie raz – powiedział elf.
- Zapraszam. Jak będziecie mieli kolejne fragmenty tego kamienia, to dawajcie znać. Może to klucz do wszystkiego tutaj, co widać. Kto wie?
KnajpaWszyscy wyszli i wrócili do knajpy. Azgar miał plan. Trzeba tylko namówić niektórych ludzi by pójść na bagna. Wiadomo, że sami nie mieli szans. Według słów Franza miało być tam co najmniej tuzin potworów którymi przewodzi lider a wspomaga ich szaman. To siła, na którą potrzeba kilku chłopa a nie czterech ludzi z miasta. Do tego trzeba czegoś do kamienia – jeśli będzie to taki jak na cmentarzu to trzeba go będzie przewieźć. Nie będzie łatwo, ale ktoś to musi zrobić. I to w otoczeniu masy zwierzoludzi, którzy na pewno nie będą chcieli oddać ich własności. Dzięki takiemu pomysłowi udało się zwerbować (za nie małą kasę) Franza i czterech ludzi z wozem, którym zabierze się kamień. Potrzeba było jeszcze kilku ludzi do odciągnięcia uwagi od obozu i wywabienia części sił. Tutaj udało się nająć kilku woźniców i ochroniarzy kupieckich, którzy i tak nie mieli co robić. Do tego dwóch strażników miejskich. Kapitan Kessler nie mógł wesprzeć oficjalnie tej wyprawy, ale nie zabronił tego ludziom, którzy nie są na służbie. Ostatnim elementem tego będą dwie osoby, które są kluczowe – kapłan oraz mag.
Kapłan zgodził się pójść. To pewnie jedyna okazja do walki i jednocześnie pierwsza szansa by zakończyć to, co rosło pod bokiem miasteczka i wzbierało niczym wrzód. Wielebny miał poprowadzić grupę odciągającą, która miała zwabić główne siły oraz herszta. Będzie miała trudne zadanie bo zwierzoludzie byli na swoim terenie i byli naprawdę mocni. Mag dołączy się do drugiej grupy, która ma zabrać kamień. Drużyna podejrzewa, że on jest równie ważny co sam szaman i będzie on pilnował właśnie kamienia. To, ile w obozie zostanie zwierzoludzi, zależeć będzie od szczęścia, ale Giuseppe wiedział, że Ranald będzie z nimi. I oby nie opuścił ich do samego końca.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.