Rozmowa z Otto Eicherem

Posiadłość Eicherów jest w dzielnicy szlacheckiej ale nie za blisko wielkich miasta czyli Brunnerów i Achafenbergów. Sama posiadłość nie jest za duża – ot kamienny murek wokół trawnika oraz położony na jego środku mały domek. Mały jak na szlacheckie standardy, ale wielkości połowy kamienicy, w której obecnie mieszkacie. Choć murek jest do sforsowania niemal z marszu (około 1,5 metra wysokości) to posiada on bramę oraz strażnika w liberii rodowej. Jest to niebieski strój, z białym podwójnym krzyżem na środku.
Podchodzę do strażnika i przedstawiam się jako Hans Tileańczyk, zastępujący Rezydenta Johanna i proszę o widzenie z panem Ottonem Eicherem.
Strażnik popatrzył na Ciebie, przyjrzał i powiedział:
- Panie, poczekaj chwilę, Ogłoszę twoje przybycie.
I wszedł za bramę, zamknął ją i poszedł do domu.
Rozglądam się czekając – czy coś niezwykłego zwraca moją uwagę, nietypowego – również w wiedźmim wzroku.
Nie, nie widzisz nic nietypowego. Kilka ulic najbliższych to podobne domki, pewnie tez zamieszane przez pomniejszych szlachciców. Mało spacerujących, mało wozów, gdzieś w oddali widać plac miejski i słychać gwar miasta.
Po kilku minutach wraca strażnik i zaprasza cię do środka. Otwiera bramę i potem prowadzi do drzwi. Otwiera je i zaprasza do wejścia.
Wchodzę więc.
W środku nie ma specjalnego przepychu, ale jakiś tam sznyt wyższego urodzenia czuć. Sień jest przestronna i od razu dopada do ciebie lokaj prosząc dalej. Prowadzi pod otwarte drzwi i z ukłonem wskazuje byś wszedł do środka.
Wchodzę więc.
W środku jest pokój wykonany cały w drewnie, z ładnymi grawerunkami i z gustownymi mebelkami. Od razu widać, ze rodzina robi w drewnie i ma z tego zyski. Za masywnym stołem, przy kominku siedzi starszy jegomość, który wstał z fotela gdy wszedłeś do środka. Lokaj zaanonsował się jako zastępcę Rezydenta. Starszy pan, w skromnym ale solidnym żupanie, przedstawia sobą całą esencję tego, co należy uważać za szlachectwo.
- Witaj panie
- Witaj panie (kłaniam się urzędowo).
- Cóż cię do mnie sprowadza? Jak mniemam sprawy miejskie, skoro to oficjalna wizyta.
- Tak, rzeczywiście sprawy miejskie. Nie wiem, czy w zamieszaniu przy okazji nieszczęścia, jakie spotkało miasto, czyli śmierci wielebnego Schadracha, zostali Państwo poinformowani o…hmmm… incydencie związanym z Państwa grobowcem rodzinnym?
- Nie, nikt nas o niczym nie informował. A co się stało?
- Ktoś się włamał do grobowca rodu Eicherów i otworzył dwa sarkofagi. Co dziwniejsze, nic nie zginęło, zwłoki nie zostały porwane.
- Czy strażnicy może wiedzą kto to czy znów udają kompetentnych i próbują nadrobić to, co przerasta ich możliwości?
- No i to jest jeden z powodów, dla których przyszedłem do Pana osobiście. Nie jestem przekonany o kompetencjach miejscowej straży… Oczywiście, będzie śledztwo, będą pokazywać jak bardzo się starają… Ale chciałbym sam wiedzieć na tyle dużo, żeby móc ocenić ich wysiłki.
- Oczywiście, ze będą. Tylko ze tutaj brak im tego, co mają w duzych miastach – klasy. Tutaj mogą co najwyżej konie wodzić do wodopoju lub krowy ganiać ale nie szukać przestępców. Mój syn juz tyle czasu nie zyje a oni nadal nie wiedzą kto, po co i dlaczego. Teraz jeszcze grobowiec. I tak nie było w nim nic cennego więc nie wiem, co rabuś tam robił.
- Całkowicie rozumiem Pana odczucia – pochodzę z Nuln, obracałem się trochę wśród tamtejszych mieszczan, w tym kupców Tileańskich. Kontrast pomiędzy Nuln a Ubersreikiem jest… uderzający. Co do grobowca… no właśnie otwarty został sarkofag Pana syna. Podejrzewam, że incydent ten walnie przyczynił sie do śmierci wielebnego Schadracha – był bardzo wzburzony. Podejrzewał też, że to nie był rabunek, a raczej ma to związek właśnie z tym niewyjaśnionym morderstwem – takie niewyjaśnione tajemnice ciążą potem przez długie lata na społecznościach. Dlatego właśnie przyszedłem – dowiedzieć się więcej, jak to możliwe, że syn szanowanego rodu zostaje zamordowany i przez tak długi czas nic się nie udaje wyjaśnić?
- To właśnie ja chcę się dowiedzieć, dlaczego? Nie wiem, kto mógł nastawać na mojego syna, nie wiem, kto mógł włamać się do grobowca. – zamilkł na chwilę by potem znów zacząć. – Nie wiem tez dlaczego kapłan Morra mógł zejść z tego świata od tego. Był juz stary więc kruk juz dawno siedział mu na ramieniu. Nie wiem, same zagadki, ale sam chciałbym znaleźć na nie odpowiedzi.
- To prawda, że Schadrach miał swoje lata – jednak świętokradztwo go bardzo wzburzyło, zwłaszcza w połączeniu z niewyjaśnionym morderstwem… i jakąś tajemnicą rodu Eicherów, której mi jednak nie wyjawił. Atak apopleksji – to się zdarza u starszych mężczyzn w chwili wzburzenia.
- Skoro jej nie wyjawił to widocznie miał po temu powody. Nie jest tajemnica rodu, ale coś, czym nie chcemy się chwalić i lepiej by to pozostało tajemnicą. Nic juz nie zagraża nikomu z tego powodu, gdyż wszystko odbyło się ponad 200 lat temu i nie wiem, co by mogło z tej historii płynąć do teraz, do mojego syna.
- Też nie wiem. faktem jest, że Schadrach powiedział coś takiego: “dlaczego akurat grobowiec Eicherów? I dlaczego otwarto akurat te dwa sarkofagi: Bartolfa… i właśnie ten drugi, stary grób, niczym się nie wyróżniający”. Ale nie naciskam, nie nalegam. Bardziej mnie interesuje coś innego: co zrobiła straż po morderstwie? Czy ktoś z Wami rozmawiał? Był w posiadłości?
- Skoro juz tak upierasz się przy tym grobowcu to pewnie kogoś przyciągnęła sława mojego przodka – Mathiasa, który okazał się być wampirem. Na szczęście został ujęty, osądzony i zabity zgodnie z rytuałem Morra i nie ma prawa powrócić z tej podróży do Morra. A co do mojego syna, to straż była na miejscu, oglądała posiadłość w lesie, oglądała ciało i powiedzieli, ze będą szukać sprawcy. Ja rozumiem, ze sprawy miasta były ważne ale nie wiem, co tak długo im to zajmuje. Ja nie znam się na tym, ale to są przecież profesjonaliści.
- Są więc dwie możliwości: albo to są małomiasteczkowi profesjonaliści, albo komuś nie zależało na odkryciu prawdy
- Może, nie znam się na tym. Nie wiem, komu by zależało bo wrogów nie mamy, nikomu nie zawadzamy i płacimy swoje podatki o czasie i wyznaczonej wielkości.
- A Bartolf, jaki był?
- Dobry syn. Sumienny, posłuszny i … – zawahał się lekko – … pracowity. Jak tylko dostatecznie podrósł by móc sprawować swoje obowiązki zajął się posiadłościami w lesie. Wykonywał to na tyle dobrze, ze nie potrzebowaliśmy nikogo z rodziny angażować w ten interes niz to jest konieczne
- Czy Bartolf miał jakichś znajomych, może tu, w Ubersreiku, może jakichś nietypowych znajomych?
- Nie, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Jednak nie sądzę by to mógł w jakiś sposób ukryć, gdyby to miało miejsce. On był bardzo uczciwy i nigdy by nie okłamał rodziny
- No właśnie, uczciwy, sumienny, posłuszny… zastanawiam się, czy ktoś nie mógł go w jakiś sposób wykorzystać albo wrobić?
- Nie wiem, ale nie miał znajomych na tyle, by ktoś mógł go w coś wrobić. Poza tym był poza miastem, to w co go można było wrobić?
- Wybacz Panie, jeśli moje pytania wydają się być wścibskie lub nie na miejscu. Szukam punktu zaczepienia. Dlaczego ktoś zadał sobie trud pojechania do posiadłości, ponad dzień drogi od miasta, zamordowania sumiennego, posłusznego i uczynnego młodzieńca? I to w sposób bardzo niezwykły: bez śladów włamania. Dlatego szukam czegoś, od czego można by zacząć, czegoś nietypowego, niezwykłego. Co Pan wie o samym wydarzeniu, jak to się stało?
- Wiem tyle co przekazał mi zarządca. Byliśmy tam jak tylko dowiedzieliśmy się o tym. Więc wiele więcej nie wiem. Doprawdy nie wiem, dlaczego mój syn?
- Czy miejsce zabójstwa było już posprzątane?
- Byli tam strażnicy i oglądali ale potem zastawiliśmy to beczkami. W końcu to piwnica i składzik
- Czyli Pan nie widział tego miejsca przed zastawieniem beczkami?
- Widziałem bo zastawiliśmy je juz po wizycie strażników. Nie było tam krwi, tylko wosk ze świec i resztki kredy. Ktoś tam mówił, ze to może być rytualne morderstwo ale trzeba to sprawdzić. I tak sprawdzają do dziś.
- A nie myślał Pan o wynajęciu kogoś niezależnego do prowadzenia śledztwa?
Głowa rodu Eicherów popatrzyła uważnie na stojącego przed nim zastępcę magistra. Wzrok miał przenikliwy i surowy. Pewnie tak musiał patrzeć na poczynania swoich synów i taki wzrok musieli wytrzymać, gdy z nim rozmawiali (Otto_Eicher.jpg
- Oczywiście, ze rozważaliśmy takie posunięcie, ale nie było nikogo, kto chciałby się tego podjąć. Nie chcieliśmy nikogo stąd bo tutaj nie ma nikogo kompetentnego więc nasi znajomi w Nuln mieli kogoś znaleźć. Jak do tej pory jeszcze nikt nie zechciał się tym zająć.
Giuseppe się zasępił, zamyślił.
- Niektórzy uważają, że takie rzeczy lepiej zostawić w spokoju, bo można niechcący poruszyć gniazdo szerszeni. Inni brną, drążą, znając ryzyko. Wielu z nich przegrywa i ginie – albo nawet gorzej. Ale nieliczni jednak wygrywają.
- Panie, nie wiem, co to oznacza, ale wierzę, ze sam to rozumiesz. Czy mam rozumieć ze może miasto podejmie trop i zajmie się sprawą mojego syna?
- Szczerze mówiąc – wątpię. Ze sprawą śmierci Pana syna wiąże się jakaś straszliwa tajemnica. Obawiam się, że jedynie ktoś z zewnątrz, ktoś obyty ze sprawami niezwykłymi, ktoś nieznany w mieście mógłby ją rozwikłać. Chętnie pomogę, ale mam związane ręce: jestem nazbyt rozpoznawalny w mieście. Jeśli zacznę drążyć zbyt głęboko, skończę w jakiejś piwnicy albo w zaułku, martwy, leżący na śladach wosku i świec.
- Czyli wynajęcie kogoś spoza miasta było dobrym tropem. Ale skoro tak mówisz panie, to znaczy ze śmierć mojego syna nie ma nic wspólnego z naszym rodem. Czyż nie?
- Nie wiem. Niepokoją mnie te świece, rytuały – w powiązaniu z tą Waszą starożytną tajemnicą. Może ktoś chce przywołać wampira? Może służy wampirom…albo wydaje mu się, że służy. Morderstwo, włamanie do sarkofagu – to może być powiązane.
Ale jest też możliwe, że jest częścią czegoś większego, co nie ma nic wspólnego z Waszym rodem. Może nawet nie mieć nic wspólnego z miastem – chociaż w to niezbyt wierzę, ale jest to możliwe. Posiadłość na uboczu, mógł to być ktoś zupełnie spoza.
Ale wątpię – ta niekompetencja straży mnie zastanawia.
Tak więc wynajęcie kogoś spoza miasta miałoby sens. Jeśli sprawcą jest ktoś miejscowy – i jeśli ma takie możliwości, żeby w środku nocy dostać się do waszej posiadłości, to może być za bardzo okopany w mieście, żeby tutejsi go ruszyli.
Hmmm… ciekawe czy w mieście jest… no, na pewno jest półświatek, jakiś gang… może mają kontakty ze strażą… ale te świece? Kupy sie to nie trzyma.
Za mało wiemy, na ten moment wszystko jest możliwe – dlatego specjalista z zewnątrz mógłby pomóc.
- Brzmi to jak jakiś większy spisek choć wątpię by mój syn był w stanie brać udział w jakimś. O grobie w grobowcu w mieście wiemy tylko my w rodzinie oraz kapłan Morra. Zatem nie wiem, czy to ktoś z miasta. Jedyne, co mi teraz może przychodzić do głowy to zemsta na rodzie. Zemsta dokonana przez spadkobierców tej, która została wygnana z miasta, gdy odkryto ze jej mąż jest wampirem. Kapłan Morra powiedział, ze ona nie jest zarażona ale ludzie gadali. Została przez moich dziadów wygnana, wydziedziczona i opuszczona. Ona wiedziała kim był Mathias ale jest bardzo wątpliwe by teraz, po ponad 200 latach, znalazł się ktoś, kto by to pamiętał od jej strony.
- Coś o niej, lub o jej rodzinie wiadomo? Coś niezwykłego? Może była z dalekich stron? Odznaczała się egzotyczną urodą?
- Z tego co wiem, to niczym szczególnym się nie odznaczała. Jej wszelkie podobizny kazano spalić więc nawet nie mogę wam pokazać jak wyglądała. Jej rodzina nie była zamożna i nigdy się chyba nie dorobiła. Mieszkają gdzieś w Górach Szarych i pewnie jako ród występują nadal choć nie wiem, kim są ani co porabiają. O ile jeszcze ktokolwiek z nich żyje.
- A Mathias? Jak się…hmmm… zaraził? Czy bywał w dalekich stronach? Sylwania? Księstwa graniczne, może Marienburg?
- Nie, w Sylwanii nie bywał ale bywał w Marienburgu. Wtedy należał jeszcze do Imperium i nasz handel rozwijał się naprawdę dobrze. Jednak potem przyszła wojna i wszystko ucięła, łącznie z samym Marienburgiem. Jednak tak naprawdę to zmienił się po przejściu armii wampirów, która szykowała się na Altdorf. Nie przechodziła bezpośrednio przez nasze miasto ale w okolicy. I to oni przyczynili się do tego, co się stało.
- Ostatnie pytanie o Mathiasa, obiecuję: coś wiadomo na temat jego pobytów w Marienburgu? Jakieś zapiski, albo rodzinne opowieści?
- Tu muszę cię rozczarować. To, czego nie zabrała zona, zostało spalone razem z jego rzeczami osobistymi. To, co zostało to tylko księgi podatkowe do celów rozliczeniowych. Ale i tak obecnie te stare znajdują się w Nuln.
- A czy po Bartolfie coś zostało? Znowu, jakieś zapiski, może pamiętnik? Nawet meble mogłyby pomóc – może były jakieś skrytki?
- Nie, nic takiego nie zostało. Chłopak był dobry i robotny, ale nie miał natury skryby. Nawet księgi były wypełniane przez zarządcę. Meble sprawdziliśmy i tez nic nie znaleźliśmy
- Dlaczego wysłaliście go do posiadłości, i to akurat tej – bo rozumiem, że macie też inne? Nie mógł wszystkiego nadzorować wynajęty człowiek?
- Oczywiście ze mógł. Chcieliśmy by syn nabrał krzepy, pobył wśród ludzi i poznał na czym polega nasza praca. Tylko tak mógł tego dokonać. A dlaczego tutaj? Bo najbliżej. W przyszłym roku miał pojechać jeszcze dalej.
- Kto wiedział, że Bartolf akurat tam pracował?
- Każdy w rodzinie.
- A poza rodziną? Czy ktoś z miasta wiedział?
- Nikomu nie musimy nic mówić i nic nie mówiliśmy. Jednak nie był to jakiś sekret czy coś. Pewnie ktoś widział go jak wyjeżdżał albo w knajpie może ktoś powiedział. Nie wiem, nie kontroluję tego
- A czy miał jakichś znajomych na mieście? Kolegów od kufla piwa? Kogoś z innych rodów? A może właśnie nie, może mieszczan lub… uhm… kogoś z pospólstwa?
- Tego nie wiem. Wychodził na miasto, ale z tego, co wiem, to nie miał kumpli. A już na pewno nie bratał się z plebsem. To bym wiedział.
- Sam Pan widzi, dlaczego straż nic nie znalazła. Nie ma powodu, dla którego ktoś miałby zabić Pana syna. A jeśli to jakiś rytuał, to dlaczego nie w mieście, gdzie mieszkają setki ludzi? A jeśli już tam, w lesie, to dlaczego nie ktoś z gajowych, którzy sypiają na górze czy wręcz w lesie? Po co tyle zachodu, żeby się dostać do środka?
- To ja tez to chciałbym wiedzieć.
- To chyba tyle, przynajmniej na razie. Czy ktoś ze służby, albo właśnie z przyjaciół… nie, czy ktoś ze służby był bliżej z paniczem przed jego śmiercią?
- Od początku roku był w posiadłości. Musisz tam pojechać i ich zapytać.
- Czyli tutaj – nikt?
- Tutaj był z rodziną. Plebs ma swoje życie a my mamy swoje. Taki porządek panuje od wieków i nie nam go zmieniać.
- Rozumiem, Panie. To chyba tyle na razie… Popytam w mieście, w straży. A jeśli zjawiłby się ktoś z Nuln, proszę go do mnie przysłać. Najlepiej wiadomości nie przysyłać przez magistrat, tylko raczej przez karczmarza w Portowej. Wiem, wiem, nie najgodniejsza lokacja, ale zapewniająca odrobinę prywatności. Niech pytają o Giuseppe.
- Dobrze, tak zrobię. A koszty prześlę na rezydenta, czy gdzieś indziej?
- Tak, na rezydenta, ewentualnie z dopiskiem Hans Tileańczyk.
- To, jak mniemam, wszystko czy jeszcze coś chcesz wiedzieć Panie?
- To wszystko, Szanowny Panie Eicherze.
Lokaj wyprowadza ciebie do pokoju a potem do drzwi. Strażnik prowadzi do bramy i odstawia ciebie za nią. Wizyta u Eicherów zakończona.
Idąc do bramy spytam się strażnika, czy znał zamordowanego panicza.
- Widywałem, owszem, ale oczywiście nie omieszkałem się bratać – czujesz jak strasznie wysila się on do udawania “wyższej” mowy.
To ja go spytam czy Bartolf był spoko koleś, czy raczej sztywniak – i pojadę gwarą z ulic Nuln.
Łypnął spod oka i powiedział cicho:
- Tutaj nikt nie jest spoko. Każdy tylko pieniądz i pieniądz. Liczy się zarabianie i konszachty wśród sobie równych. Ten młody nie wychodził za często, nie rozmawiał i ogólnie był taki jak cała reszta.
- A ktoś by coś o nim więcej wiedział, wiesz, tak z ludzi? Bo stary to tak mówi, żeby nic nie powiedzie
- A bo ja wiem? Wyjechał ponad pół roku temu, wrócił w dębowej trumnie. Nie wiem, czy ktoś coś tu powie poza starym albo jego synem. Tylko ze synalek jest chyba jeszcze gorszy niż ojciec.
- A ktoś ze służby kto ma za długi język, lubi piwo i mógłby coś więcej powiedzieć?
- Może Jerk coś będzie wiedzieć. To koniuszy i zajmuje się stajnią. Oporządza konie, szykuje powozy i konie pod wierzch dla jaśnie państwa. Najprędzej coś on będzie więcej wiedzieć.
- Jak kiedyś będziesz w Portowej, to wiszę ci piwo. Jerka w jakiejś knajpie można znaleźć? Nie chciałbym się staremu pod nosem kręcić – a synalek to może by mnie i batem pogonił, urząd nie urząd.
- Szukaj go w “Basztowej” przy wschodniej bramie. Tam wpada na jednego, I lubi grać w karty.
Dziękuję mu raz jeszcze i odhalsowuję do reszty towarzystwa.

Rozmowa z Otto Eicherem

Granica MarcinRauf