Carla Meus

"I’m bringing you back. Live, dead. Don’t matter to me. Worth more live, but you seem to be the sort that won’t come quietly. Dead it is, then." (Warhammer, Career compendium, Bounty hunter)

Description:
Bio:

1.
Franz przemykał cicho pomiędzy niskimi, obdrapanymi budynkami. Od czasu do czasu przystawał i oglądał się z niepokojem za siebie, ale spowita mrokiem nocy uliczka była niespodziewanie spokojna i cicha. Gdzieniegdzie tylko ciszę burzył lekki stukot okiennic, pojedyncze głosy dochodzące zza cienkich ścian budynków, a za zakrętem, niedaleko karczmy, płacząca kobieta siedziała na schodkach przed domem i smarkała w rękaw tak, że Franz aż skrzywił się z niesmakiem. Było już dobrze po północy, gdy dotarł do swojej kwatery. Nie było w niej luksusów, jakie lubił i do jakich przywykł, ale było to ciche, nierzucające się w oczy miejsce, a takiego potrzebował. „Dopóki wszystko nie ucichnie” – pomyślał. Może rok, może dwa i wszyscy zapomną. I Franz będzie mógł wrócić do dawnego życia w Talabheim, zamiast ukrywać się w tej dziurze leżącej poza granicami jakiegokolwiek cywilizowanego świata.
Przed wejściem do kwatery spojrzał po raz ostatni za siebie i obejrzał dokładnie zewnętrzne drzwi. Oględziny wypadły pomyślnie, więc przekręcił klucz w drzwiach, otworzył je i, nie zapalając świateł, ruszył w stronę pokoju, w którym urządził sobie sypialnię. Wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i dopiero wtedy zapalił stojącą na stole oliwną lampkę. Blask padł na pokój i Franz aż pisnął ze zdumienia. Na łóżku siedziała kobieta. “Dziewczyna.” – poprawił się odruchowo w myślach. Zwykle Franz nie miałby nic przeciwko znalezieniu w sypialni, w dodatku w łóżku, młodej dziewczyny, ale coś w wyglądzie tej sprawiło, że włosy stanęły mu ze strachu na karku. Może spowodowała to naładowana poręczna kusza, leżąca obok nieznajomej, może trzymany przez nią na kolanach bicz, a może paskudna blizna przecinająca jej prawy policzek, biegnąca od brwi, cudem pozostawiająca nienaruszone oko i ciągnąca się niżej, aż do kącika ust. Dziewczyna patrzyła na niego spokojnie, nie wykonując ani jednego ruchu, oceniając. Franz też oceniał. Nie był ułomkiem, a za pas miał zatknięty na wszelki wypadek długi sztylet, ale walka była mu raczej obca, a dziewczyna wyglądała, jakby każdą chwilę swojego paronastoletniego życia spędziła z mieczem w dłoni. Jego wzrok powędrował w kierunku znajdującego się na przeciwnej do łóżka ścianie otwartego okna, taksując, mierząc odległości. Zobaczyła jego spojrzenie i uśmiechnęła się krzywo. Uśmiech w migotliwym świetle lampy nadał jej pokiereszowanej twarzy niemal groteskowy wygląd.
- Zapłacę ci dwa razy więcej. – pisnął Franz. – Tylko daruj mi życie.
Nie odpowiedziała, tylko popatrzyła na niego jeszcze uważniej niż dotychczas. Minęła chwila. Franz nabrał nieco pewności siebie, wyprostował się. W końcu była tylko smarkatą dziewuchą, a z takimi Franz umiał sobie dobrze radzić.
- Wyciągnij nóż, rzuć go na podłogę i uklęknij. – powiedziała nagle. Franz zawahał się. Po raz ostatni ocenił swoje szanse i podjął decyzję. Gwałtownie naprężył mięśnie i dał ogromnego susa w kierunku otwartego okna. Przez chwilę miał nadzieję, że mu się uda, gdy za plecami usłyszał świst zwalnianej cięciwy. Coś uderzyło go mocno między łopatki, gruchocząc kręgosłup i rozrywając aortę. Zanim upadł na podłogę, już nie żył. Dziewczyna podniosła się powoli ze swojego miejsca, odłożyła na bok kuszę, bicz przymocowała do pasa i podeszła do ciała. Żywy był więcej wart i żal jej trochę było straconych koron, ale nie chciała ryzykować, że znowu jej ucieknie, a szła za nim od samego Talabheim. Westchnęła cicho, pochyliła się i metodycznie, powoli, używając jego własnego sztyletu, zaczęła Franzowi obcinać głowę.

2.
- Daj spokój, Carla. To dobra cena. – powiedział Rudolf pojednawczym tonem. Nie udało mu się jednak uspokoić siedzącej przed nim dziewczyny, która pochylała się teraz w jego kierunku, całkiem nieświadomie prezentując miły dla oka dekolt. Rudolf przełknął ślinę. Wiedział, że w stanie, jakim jest teraz dziewczyna, gapienie się w te rejony to pewna recepta na bełt kuszy między oczami.
- Nie pierdol mi tu, Rudolf. Miało być trzysta. Trzysta, to kurwa trzysta. Trzysta za martwego, pięćdziesiąt więcej za żywego. Trzysta, to nie dwieście. Ja się wywiązałam z umowy.
Rudolf znowu przełknął ślinę i spróbował napić się ze stojącego przed nim kufla z piwem. Trochę pomogło.
- Pan sierżant pragnie przekazać wyrazy uszanowania i gratulacje za schwytanie tak długo wymykającego się sprawiedliwości zbiega. Nastąpiło jednak pewne opóźnienie w wykonaniu zlecenia, stąd też nagroda uległa pewnej dewaluacji… – nie skończył, bo dziewczyna poderwała się gwałtownie ze swojego miejsca, sięgnęła do leżącej pod stołem torby i z głośnym, przyprawiającym o dreszcze plaśnięciem, wysypała jej zawartość na stół. Odcięta głowa zbiega potoczyła się w kierunku Rudolfa, rozbryzgując zawartość jego kufla. Rudolf odskoczył, jakby go użądliła osa.
- Carla, przestań, proszę. – jęknął, ocierając z twarzy spływające krople mizernego cienkusza, jaki serwowali w gospodzie, w której siedzieli. – Nie mam tylu pieniędzy. Mam dwieście. Bierzesz czy nie?
- Dobrze. – odpowiedziała niespodziewanie spokojnie. Rudolf się zawahał. Takie szybkie przechodzenie z nastroju do nastoju, typowe dla młodej łowczyni, nie wróżyło niczego dobrego. – Zapłać mi. I przekaż panu sierżantowi, że to koniec naszej współpracy. Dodaj również, że jeśli za niego kiedyś będzie nagroda, to wezmę dwieście. Sto za martwego.
Rudolf dyskretnie odetchnął z ulgą. Oczywiście nie zamierzał sierżantowi powtarzać groźby dziewczyny. Był prawie pewien, że rzuca ją na wiatr. Prawie.
Carla wzięła pieniądze, wyjęła kilka monet, które rzuciła ostentacyjnie na stół i wyszła z gospody. Rudolf odprowadził ją spojrzeniem do drzwi. “Będzie mi jej brakowało.” – pomyślał i po chwili potrząsnął głową, zaskoczony swoją własną, absurdalną reakcją.

3.
Carla szła szybkim krokiem ulicami Talabheim. Złość zdążyła jej przejść, zastąpiła ją rezygnacja. Wiedziała, że jej profesja potrafi budzić niechęć legalnych organów władzy, jednak niezwykle rzadko próbowano ją oszukać. „Czas opuścić to zgniłe miasto”. – pomyślała. Mimo że mieszkała tu od kilku miesięcy, nie mogła przyzwyczaić się do wszechobecnego zgiełku, kurzu i smrodu rynsztoków. Skierowała się ku Domu Noclegowemu u Sióstr Shallyi, gdzie wynajmowała pokój. Widząc bielone ściany budynku, bezwiednie potarła dłonią bliznę na policzku. Widok przywoływał wspomnienia. Zadumę przerwało jej czyjeś wołanie.
- Pani Carlo! – drobny, niepozorny mężczyzna machał do niej, biegnąc w jej kierunku. Po chwili zatrzymał się przed nią zdyszany. Spojrzała na niego z góry – sięgał jej zaledwie do nosa. W jego wychudzonej twarzy zwracały uwagę zaczerwienione, podkrążone oczy, jakby ten człowiek nie spał od co najmniej tygodnia.
- Pan Baumtretter.
- Pan Rudolf powiedział mi, co się stało. Powiedział, że pani go znalazła.
Carla kiwnęła głową, nie odpowiadając.
- Powiedział też, że nie żyje. Czy… czy to prawda?
Ponowne kiwnięcie.
- Jak… jak zginął?
Dziewczyna pomyślała chwilę.
- Szybko. – odpowiedziała krótko. Mężczyzna przygarbił ramiona i spuścił głowę. Po chwili podniósł ją i spojrzał Carli prosto w oczy.
- Wie pani, że nie zasługiwał na szybką śmierć. Za to, co zrobił… zrobił mojej… – po długim nosie spłynęła mu łza i nie był w stanie mówić więcej. Podniósł rękę, w której trzymał małą sakiewkę i wcisnął ją w dłoń dziewczyny.
- Może to i lepiej. – powiedział po chwili. – Zwłaszcza dla pani. Bo dla mnie już za późno. Wie pani, jak nienawiść potrafi zniszczyć człowieka? Jak żyła Martha, to nigdy mi do głowy by nie przyszło, że tak mógłbym kogoś nienawidzić. A teraz nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Wiem, że mi jej to nie zwróci, ale cieszę się, że już go nie ma między nami.
Odwrócił się, nie zauważając dziwnego wyrazu twarzy dziewczyny i odszedł chwiejnym krokiem w kierunku, z którego przybył. Carla patrzyła przez chwilę, póki jego postać nie zniknęła jej z pola widzenia, po czym weszła do budynku. Już w swojej skromnej kwaterze rzuciła na łóżko sakiewkę, do której nawet nie zajrzała, po czym zaczęła pakować swój niewielki dobytek. Przerwało jej ciche pukanie do drzwi. Wzięła do ręki miecz i krzyknęła:
- Wejść!
Drzwi uchyliły się i do pokoju weszła ubrana na biało starsza kobieta. Dziewczyna szybko pochyliła głowę i odłożyła broń z lekkim zażenowaniem. Kapłanka uśmiechnęła się nieznacznie, w jej uśmiechu kryło się ogromne zmęczenie.
- A więc wyjeżdżasz? – bardziej stwierdziła, niż zapytała, wskazując na spakowane tobołki.
Carla kiwnęła głową.
- A myślałaś o mojej propozycji? – zapytała starsza z kobiet.
- Myślałam. – odpowiedziała dziewczyna zgodnie z prawdą. Kapłanka czekała cierpliwie, aż młoda łowczyni powie coś więcej. Carla pokręciła głową.
- Ale to nie dla mnie.
- Mniej dla ciebie, niż polowanie i zabijanie ludzi dla pieniędzy na gościńcach?
Dziewczyna wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała. Kapłanka westchnęła.
- Ci, których szukasz, już dawno nie żyją. Zostali zabici przez łowców czarownic ponad rok temu w Reiklandzie.
Carla gwałtownie poderwała głowę.
- Myślisz, Matko, że tego nie wiem? Przez cztery lata tropiłam każdy ich ślad. Byłam w trzech wioskach, w których zabili wszystkich mężczyzn, każdą kobietę i każde dziecko. Dodam, że w bardzo paskudny sposób.
- Nie da się mieczem naprawić krzywdy, ani czyjejś, ani własnej.
Carla ponownie wzruszyła ramionami.
- Może i nie. Ale mogę próbować. Jestem w tym dobra.
Kapłanka spojrzała na nią smutno.
- Przykro mi, jeśli tak uważasz. Dokąd chcesz się udać? – zapytała po chwili milczenia.
- Może do Reiklandu. W tej chwili to tak samo dobry kierunek, jak każdy inny.
- Przyjmiesz moje błogosławieństwo, zanim odjedziesz?
Ponownie zapadło długie milczenie. Nagle dziewczyna pochyliła głowę.
- Przyjmę. I… dziękuję.
Następnego dnia zabrała swój skromny dobytek, złożyła hojny datek w ofierze bogini i ruszyła z miasta drogą na zachód.

Carla Meus

Granica ooska