Granica

Ubersreik, Zachodni Reikland 17 Vorgeheim 2588

10

Ubersreik
W Imperium grozę wywołują berserkowie. To ludzie w szale bitewnym, którzy mimo obrażeń i beznadziejności, są w stanie walczyć do ostatniej kropli krwi. W ich wykonaniu jest to dosłowne i to jest właśnie przerażające. Nikt, kto widział atak berserków, nie może powiedzieć, że wie, co to jest szał bitewny. Przekrwione oczy, ręce zaciśnięte niemal do krwi na stylisku topora, wściekły krzyk w krtani oraz piana na wykrzywionych ustach odsłaniających zęby. Wszystko to za sprawą naparu przygotowywanego przez szamanów. Jego skład jest nieznany i jednocześnie zadziwiający bowiem skąd cokolwiek na tej lodowej pustyni. Jednak nie raz mogłem się przekonać, że choć pozornie jest to pustynia, to kryje ona w sobie zadziwiająco dużo złóż, roślin i zwierząt, że o innych tworach i stworach nie wspomnę. Wspomagani przez napar wojownicy są w stanie przełamać najzacieklejszą nawet obronę i choć sami cierpią wielkie rany, to przysługują się oni całemu klanowi. Jak zdążyłem zauważyć, niektórzy nie potrzebują naparu by wprowadzić się w taki stan. To efekt wielu setek lat walki i utrzymywaniu rodowych wojowników, którzy zdają się wypijać szał bitewny z mleka matki. To najstraszniejsi z wojowników i najodważniejsi ludzie Północy.
Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom I, str.214

- Panowie, sytuacja robi się coraz bardziej skomplikowana. Informowaliście mnie o cząstkowych działaniach, ale trzeba to omówić w szerszym gronie Rady. Nie ma z nami kapłana Sigmara ale jego nieobecność jest usprawiedliwiona. Wszystkich proszę o maksymalne skupienie i uwagę. Do wyborów zostało niecałe dwa tygodnie i nie możemy pozwolić by miasto na tym straciło. Cesarski wysłannik nie będzie podzielał naszego optymizmu jeśli chodzi o zabezpieczenie tego wydarzenia. A od siebie dodam, że wkład niektórych w to wydarzenie jest niewspółmierny do jego rangi. Pamiętajcie, że musimy dołożyć wszelkich starań by odbyło się to zgodnie z prawem i zgodnie z odczuciami wyborców, w tym nas także.
- Nie wiem czy to się uda – zabrał głos najważniejszy w gildii kupieckiej.
- Twój brak wiary w to jest niepokojący panie Karstadt – to jedno zdanie kapitana Bluchera zabrzmiało jak zgrzyt miecza na tarczy.
- To nie jest kwestia wiary tylko uważna obserwacja. Rody wzięły się za łby. Są kolejne trupy, są kolejne podchody i są kolejne oskarżenia. Czy nasze prawo coś robi w tej kwestii?
- O to się proszę nie martwić. Sprawę pobicia badamy i możliwe, że na dniach już będziemy wiedzieć kto stoi za tą sprawą. Morderstwo Stephena Meyera to już poważniejsza sprawa. Mieliśmy podejrzanych, ale z braku dowodów zostali zwolnieni. Jednak nie sądzę by to byli oni. Ród von Brunnerów nie ma dobrej passy w mieście a ich spór z Aschaffenbergami nie jest niczym nowym ani sekretnym.
Godło Aschaffenbergów- Dlaczego ci ludzie, których wypuściliście, znów działają tam, gdzie nie powinni. Widziano ich w kanałach, widziano niedaleko siedziby naszej gildii i obserwowali nasz budynek. Kręcą się na placu, chodzą do świątyni Vereny i nawet odwiedzają naszego szanownego maga. Może to jest jakiś spisek, który chcemy wkręcić by zachować stołki?
- Szanowny panie Karstadt, prosiłbym nie sugerować niczego tylko wysłuchać co ma reszta do powiedzenia. Oni akurat najwięcej w tym siedzą więc sądzę, że rzucą nieco światła na to, co dzieje się w mieście – burmistrz jak zawsze musiał studzić towarzystwo i obawiał się, że z każdym dniem będzie coraz trudniej.
- Straż miejska współpracuje z rezydentem i wielebnym Heindrichem bo są kompetentni i bez nich nie dało by się dowiedzieć tego, co już wiemy. Zacząłem ja, bowiem moich ludzi widać wszędzie. Patrolujemy miasto, pilnujemy ludzi kapłana Sigmara na głównym placu i mamy oko na bramy miejskie. Do tego doszło jeszcze sprawdzanie kanałów co może okazać się trudne z uwagi na nieznany charakter zagrożenia. Ten jeden niefortunny przypadek pobicia to tylko część tych wszystkich razów, które zakończyły się udanymi interwencjami. Moi ludzie już teraz robią po dwie zmiany. Nie mam ich za wielu więc staram się skupiać na tym, co ważne. Może nie jesteśmy wszędzie, ale wszelką pomoc przyjmujemy. Gdyby wszyscy przeznaczyli jakieś środki do ochrony lub pomocy, to byłoby łatwo.
- Rozumiem to, ale przynajmniej portem nie musi się pan martwić kapitanie. Karawany mają swoją ochronę, statki również a i w porcie mam oczy i uszy pilnujące naszych interesów. Kupiectwo to podstawa i jeśli to zostanie zabezpieczone, to miasto przetrwa. Nie ukrywam, że dzięki Saponatheimom jest to łatwiejsze a i wyjątkowo kilku niezależnych ludzi wrogich nam dotychczas teraz nam pomaga. Może o moim wkładzie się nie mówi i go nie widać, ale mogę zapewnić, że jest – Alfred Karstadt opadł na krzesło po tym, jak w miarę mówienia podnosił się coraz bardziej zapamiętany w swoich słowach.
- W to nikt nie wątpi, mistrzu Alfredzie. Dlatego tu jesteśmy by wymienić się wszystkim, co mamy i co znamy. Dziękujemy za to, co robisz i mam nadzieję, że tak będzie do wyborów. Johanie, co twojej części miasta słychać?
- Kapitan już wspomniał o śledztwach, ja powiem o tropach. Jeden wskazuje na Holzenauerów, ale wiemy że to fałszywka. Ktoś próbuje ich wrobić i coraz większą pewność mamy w tym, że to może być sprawka Pieniądze wiadomo....Aschaffebergów. Ich działalność szpiegowska jest naprawdę duża. Ich człowiek zdaje się być wszędzie i działać wszechstronnie. Nie wykluczamy, że to oni maczali palce w zabiciu Stephena Meyera, majordomusa rodu von Brunnerów a nieoficjalnie ich szpiegiem. Jego zabójstwo przez ludzi, którzy zostali wypuszczeni z więzienia, jest wykluczone i szukamy dalej tropów. Jak wiedzie, ostatnio był z nami wielebny Gunther, ale dziś nie mógł dołączyć. Powiedział też, że na razie nie będzie uczestniczyć w Radzie, gdyż musi zakończyć sprawy kościoła. Chciałbym tylko wam powiedzieć, że uzasadnione podejrzenia co do jego nowicjusza się sprawdziły. To był zmiennokształtny…
Ciche „ach…” przemknęło przez salę i zakończyło się ciszą przerywaną przez śpiewy flagellantów zza okna.
- Tak, dobrze słyszycie. Wielebny był czujny i podejrzewał chaos w naszych szeregach. Podejrzewał wszystkich, o czym może zaświadczyć zarówno wielebny Heinrich jak i szacowna Marianne. Niestety okazało się, że było to znacznie bliżej niż myślał. Musiał to załatwić we własnym gronie i w zgodzie z własnym sumieniem dlatego dziś nie ma go z nami.
- Zapewne pamiętacie nasze scysje – zabrał głos kapłan Vereny. – Zbiór ksiąg zakazanych, którym dysponuję, a który należy do zakonu Vereny, od zawsze stał kością w gardle. Nie mogę z tym zbiorem robić nic, bo nie należy do mnie tylko do kościoła, ale muszę go strzec jakby był moją własnością. Ta informacja i moja postawa bardzo nie podobała się wielebnemu Guntherowi. O tym wiecie i to już tłumaczyłem. Do tego doszły jeszcze ostatnie podejrzenia wobec zakonu Shally, ale zostały one duszone w zarodku. Z relacji osób, które pilnie przypatrywały się Guntherowi wynika, że przeszedł on załamanie z powodu swojego nowicjusza. Nie chciałbym zagłębiać się w zbędne szczegóły, ale sama natura zmiennokształtnego lub dopplegangera wymaga, by właściwy cel został usunięty a on sam zajmuje jego miejsce. To odkrył kapłan po czym ludzie maga, szukając w kanałach, odkryli prawdziwe ciało nowicjusza. Zatem wszystko co robił, robił nie jako nowicjusz a jako nieprzyjaciel. Jest kwestia czy działał on na zlecenie, co jest bardzo wątpliwe, czy jednak liczył że w zamieszaniu uda mu się wejść w struktury miejskie by potem to wykorzystać do swoich niecnych planów.
Mruczenie przetoczyło się przez salę po raz kolejny. Kolejne rewelacje były lepsze niż miejskie plotki a zebrani wokół ludzie nie stronili od jednych i od drugich.
- To już przynajmniej coś jest wiadomo – szef gildii kupieckiej dodał już znacznie spokojniej. – Tylko co z tymi kanałami. Moi ludzie wspominali coś o jakichś niepokojących dźwiękach, które stamtąd dochodzą.
- Badamy to – kapitan też nie był już w wojowniczym nastroju. – Mamy tropy i kilka poszlak. Jeden z domysłów jest tak przerażający, że nie będę o nim wspominać by nie wywoływać paniki, ale na szczęście jest on już zaliczany jako kolejna prowokacja.
- A co tam miałoby być? Szczury? – tym razem odezwał się szef gildii rybackiej.
- Tak, szczury. I nie tylko one. Może nawet coś większego.
- Czyli co, coś co było kiedyś w Nuln? Jak one się nazywały, Szczureny?
- Skaveny – poprawił kapłan Vereny. – Przerażające w swojej determinacji i potworne w swoim zmutowanym wyglądzie skrzyżowanie człowieka i szczura. Mają na swoich usługach równie przerażające stworzenia i istniało podejrzenie, że to właśnie jedno z nich było słychać. A ponieważ nigdy nie występują bez swoich panów, to mogli być oni. Jednak już wiemy, że to nie oni. Na szczęście. Bo ich atak byłby o niebo groźniejszy niż cokolwiek z czym mieliśmy do czynienia tutaj. Ktoś to wszystko wykorzystuje i liczy na zamieszki lub chaos w mieście.
- A na to nie pozwolimy – dodał szary mag. – Każdy z rodów coś szykuje i coś ma w zanadrzu. Magicznie każdy z nich coś posiada i jest naprawdę ciężko w monitorowaniu tego. Będę miał niedługo pomoc ale do tego czasu musimy sobie radzić. Korzystamy z każdej pomocy, która jest dostępna.
- My krasnoludy, doceniamy to, co dzieje się w mieście i będziemy pomocni na tyle, na ile się uda. Wiemy, że nasza karczma była wykorzystywana przez różny element, ale my odcinamy się od tego. Teraz normy bezpieczeństwa zostały zaostrzone. Nie wpuszczamy już osób czarujących ani mających do czynienia z czarami. Z resztą przeciwników sobie poradzimy – Rogni poklepał wymownie stylisko swojego topora.
- To ja jeszcze nadmienię, że często ostatnio widuję coś dziwnego na ulicy. To znaczy nie ja, ale moi ludzie. Chodzi o dziwne światło unoszące się nad ulicą. To nie jest pochodnia ale i nie lampa. Nie rzuca światła, ale ewidentnie się pali. Widać to w nocy. Ze sposobu poruszania się światła można wnioskować, że to może być Johann Brass szef metalurgówniesione przez człowieka – po raz pierwszy przemówił Johann Brass, głowa gildii metalurgów.
- Przyjąłem – powiedział mag. – Mieliśmy doniesienia z różnych części miasta o czymś podobnym. Także z kanałów. Badamy to, ale wydaje się to być efekt uboczny czarów. Podejrzewam kto to może być i jest to znana mi postać, dlatego nie ma powodów do niepokoju. Ale to świadczy o tym, że jesteśmy czujni i o to chodzi. Nikt nie może nas zaskoczyć.
- To skoro o czujności mowa, to pragnę nadmienić, że na dniach do portu zawinie fregata „Ferdinand” – powiedział to Alfred. – Doniósł mi o tym jeden z moich kamratów, odpowiedzialnych za handel z Altdorfem. Fregata ma papiery dyplomatyczne i nie można wejść na jej pokład. Płynie z Marienburga i chyba wiecie, co to może oznaczać.
- Elfka? – wyrwało się burmistrzowi.
- Tak, może. Ale nie wiecie jeszcze najważniejszego. Wiedzie pod czyją banderą jest ten statek?
Cisza znaczyła, że nikt nawet nie próbował zgadnąć.
- Co wam mówi czarny krzyż na niebieskim polu? Nic? To pozwólcie, że wam powiem, a szczególnie tobie, panie magu. To bandera rodu von Radtke. Zatem chyba to nie kwestia dyplomatki…
- Von Radtke tutaj? Po co? Czy to sprawdzona wiadomość? – szary mag wykazywał oznaki zdenerwowania.
- Wypłynęli z Altdorfu kilka dni temu. Statek hanzy widział fregatę w Grundburgu zatem jeszcze może ze dwa dni i będzie u nas w porcie. Podobno ma wszelkie pozwolenia i noty dyplomatyczne wystawione przez rządzących Jałowymi Ziemiami. Nikt tam nie mógł zajrzeć a statek poza żarciem nie jest niczym ekwipowany. Moi obserwatorzy wspominają o magicznej aurze, która czasami spowija ten statek. Zatem nie ma mowy o pomyłce. Jeśli to jest prawdą, to co może nas czekać?
Rezydent magiczny miasta Ubersreik zasępił się.
- Von Radtke… To ród, który został wygnany z Imperium wiele setek lat temu, jeszcze za czasów Trzech Cesarzy. Członkowie rodu parali się magią, a sami wiecie, że w tym czasie nikt nie słyszał o kolegiach a magia była żywiołem dla najodważniejszych. I wydaje się, że von Radtke do takich należeli. Magią niszczyli, tworzyli, zabijali i rozwijali. Kierowali się li tylko własnym dobrem więc zostali wypędzeni i osiedlili się na północy Imperium. Z tego, co wiadomo, to brali czynny udział w secesji Jałowych Ziem i walnie przyczynili się do uzyskania przez nie niepodległości. Potem i stamtąd musieli uciekać co przeniosło ich jeszcze dalej na północ. Imperium było wolne od zapędów rodu, ale jak widać nie zawsze i wszędzie. Mówi się, że obecna głowa rodu – Rupert von Radtke – ma dość bezczynności. Wspominano mi o tym na szkoleniu ponad dziesięć lat temu w Altdorfie. O odwiecznych wrogach Imperium nie zapomina się tak łatwo.
- Johan? Co w takim razie mamy robić? Co to może znaczyć? – burmistrz był bardzo przestraszony.
- Nie wiem Ernście, nie wiem. Przygotujmy się tak jak zawsze. Zróbmy miejsce na nabrzeżu tak, by nikt nie sąsiadował z „Ferdinandem”, ograniczmy wszelkie kontakty z nimi. Jeśli będą coś chcieli to niech to wyjdzie od nich. Jak tylko przybiją, to będą pod dyskretną obserwacją. Prosiłbym tutaj szacownego Fritza by dał ze dwóch ludzi to obserwacji.
fregata Ferdinand- Się wie. Rybacy nigdy się w oczy nie rzucają, a mają oczy jak brzytwy. Będą na twoje usługi.
- To jedno. Panie burmistrzu, prośba o słowo od doradcy, może coś będzie wiedzieć, czego nie wiemy. Obecnie możemy spodziewać się najgorszego, ale lepiej sprawdzić wszystko i wszystkich – Johan najwyraźniej zyskiwał rezon.
- Jasne. Z każdym dniem robi się coraz gorzej. Już niech będzie po tych całych wyborach. Jeden Sigmar tylko wie, jak to się skończy – burmistrz miał już lekko płaczliwy głos.
- To jeszcze ja wtrącę coś ze swojego podwórka – odezwał się Schadrach Burke, kapłan Morra. – Nie możemy pozwolić by palono zwłoki na głównym placu. To nie jest miejsce po temu ani dobre okoliczności. Ja rozumiem, że wielebny Gunther odcina się teraz od wszystkiego, ale nie powinien zaniedbywać takiej ważnej rzeczy.
- Przekażę mu Twój głos wielebny – Heinrich odparł spokojnie. – Teraz to nie jest najważniejsze, ale przy śmierci trzeba zachować obrządek.
- Skoro już tylko takie sprawy się pojawiają, to zakończmy na dziś i spotkajmy się za tydzień. To będzie tuż przed głosowaniem więc niech każdy się stawi to przegadamy jeszcze to, co zostanie. Dziękuję i niech Sigmar ma was w swojej opiece – zakończył burmistrz.
Członkowie rady wstali od stołu. Jeszcze porozmawiali chwilę między sobą a potem zaczęli opuszczać pomieszczenie. Zwyczajowo został burmistrz, który najwyraźniej był przytłoczony informacjami, które dziś zasłyszał oraz kapłan Vereny i szary mag, którzy to rozmawiali cicho. Gdy wszyscy wyszli podeszli do burmistrza i usiedli przy stole.
- Z tym von Radtke mogą być problemy. Marienburg, elfka, nota dyplomatyczna to za bardzo jest powiązane by było tylko zbiegiem okoliczności. Dołożymy wszelkich starań by zażegnać to, co wisi w powietrzu. Przygotujemy na wszelki wypadek wyniki śledztwa i wszelkie dowody. Nikt nie będzie mógł nam zarzucić bezczynności czy zaniedbań – Johan tłumaczył wszystko cierpliwie.
- Tym bardziej, że już wiem z całą pewnością, że noże to tak zwane „dziady”. W rękach innych niż mroczne elfy powodują gwałtowne starzenie. Trzymając te noże w rękach można się zestarzeć w oka mgnieniu. Pewnie dlatego na miejscu zdarzenia były dwa zasuszone szkielety przybite do ściany tymi nożami. Zatem to było zabójstwo choć tylko ochrony lub towarzyszy elfki. Samej elfki nie było tam. Możliwe, że uciekła przez portal, którego resztki były na podłodze. To mamy zabezpieczone i będziemy mieć na wszelki wypadek, jeśli ktoś zapyta – kapłan zawtórował magowi.
- Burmistrzu, sprawdziliśmy też trop tajemniczego osobnika, który oddalił się z miejsca zdarzenia. Jego ślady urywają się w pobliżu siedziby metalurgów, ale nic nie znaleźliśmy. Nasi ludzie również. Jakby rozpłyną się w powietrzu. Teraz już nic nie znajdziemy i wątpię byśmy jeszcze coś w tej sprawie znaleźli chyba że zdarzy się coś jeszcze.
- To przynajmniej tyle – burknął Ernst Maler. – To statek mamy uzgodniony. Co z tymi morderstwami? Von Brunnerowie naciskają na mnie żądając wyjaśnień. Ja wypuściłem podejrzanych i nie mamy nikogo więcej. Co z tym zrobimy?
- Morderstwo na zlecenie. Podpadł komuś i się doigrał. To pewnie wpisane jest jako choroba zawodowa ale niestety zdarzyła się w najmniej oczekiwanym momencie. Gdybym był czarnowidzem, to bym powiedział, że zabójstwa dokonała ta sama istota co domniemane zabójstwo elfki. Jednak czuję, że tak nie jest – mag podrapał się w głowę. – Jak tylko przyjadą moi ziomkowie, to powinienem więcej wiedzieć. Im więcej nas tym wiatry magii bardziej łaskawe.
- To co mam powiedzieć Lordowi Heissmanowi? On już ma swojego podejrzanego i będzie jątrzył sprawę Aschaffenbergów do skutku.
- A doradca nic nie wie na ten temat. On zawsze tyle wie…
- To właśnie na jego polecenie zostało dokonane zatrzymanie. Po nocy okazało się, że jednak są niewinni. Powiedział mi, że to nie oni i że sprawa jest bardzo niejasna. Trzeba czekać. Myślałem, że coś będziecie mieli.
- Nie, nic. To panie burmistrzu, proszę im przekazać, że sprawa jest w toku i tyle. Nie mamy teraz takich możliwości by wszystko sprawdzić. Mam na oku jednego człowieka, właśnie od Aschaffenbergów, który mógłby tego dokonać. Miesza się we wszystko, działał z nowicjuszem, z każdą niemal frakcją, z gildiami i przeciwko wszystkim. Gość jest dobry i wiążą go niejasne więzy nawet z Saponatheimami. Osobiście widzę w nim podwójnego lub nawet potrójnego agenta, ale nie mam nic na poparcie moich przeczuć. On mógłby wiedzieć wiele rzeczy. I może wie coś o sprawie Stefena. Tylko że to niewygodny świadek dla von Brunnerów i będzie z tego dym jak to ujawnimy. Lepiej poczekać niż mają tu wybuchnąć zamieszki. To ostatnie czego byśmy chcieli w mieście.
- Jest jeszcze jeden problem panowie – wielebny Heinrich popatrzył na pozostałą dwójkę siedzącą przy stole. – Wielebny Gunther i jego ludzie. Istnieje podejrzenie, że to nie jest on. Nasza drużyna sądzi, że to on jest zmiennokształtny. Teraz, gdy nigdzie nie chodzi i zawsze jest w otoczeniu flagellantów jest to niemożliwe do sprawdzenia. Znalazłem informację, że istnieje ciecz, która może dać odpowiedź na to, czy mamy do czynienia z człowiekiem czy dopplegangerem. Johanie, masz może coś takiego w swoich zbiorach?
- Nie, ale mogę mieć. Moi ludzie mają to ze sobą, bo mieliśmy mieć na przesłuchanie tej istoty. Jak tylko będą to możemy to jakoś wykorzystać. Tylko jak?
- Damy to dla maga. Oni podejdą i przekonają się, czy to jest zmiennokształtny czy nie. Ich nie będzie podejrzewał o nic a nas od razu rozpozna i będzie uważać – Heindrich pokiwał głową. – Powiedziałem im, że coś takiego przygotuję. Jak będziesz to mieć, to dostarcz to do mnie. Resztą już ja załatwię.
- Burmistrzu – Johan zwrócił się bezpośrednio do rządcy miejskiego. – Mam pewien plan odnośnie wyborów i szansy na wygranie w nich. Możemy wykorzystać wszystko to, co dzieje się w mieście dla naszych celów. Dzieje się dużo, wzajemnie oskarżenia, jakieś podchody i zbieranie dowodów. Może by tak zebrać to wszystko i wykorzystać przed wysłannikiem by wykazać, że żadna z frakcji nie zasługuje na rządzenie miastem? Sądzę, że udałoby się zebrać dowody na każdego. Do tego dołożymy domysły, garść stereotypów i w zasadzie wyborcom to wystarczy. To oni zdecydują.
- Działaj Johan, działaj. Jeśli czegoś nie zrobimy to niebo zwali się nam na głowę.
- Tak zrobimy. Teraz wszystkim przyda się spokój i odpoczynek. Chodźmy wielebny i my – rzekł mag i stał szykując się do wyjścia.
Ruszyli razem zostawiając burmistrza samego. Urzędnik mielił w głowie rzeczy i sprawy, których przybywało z każdym dniem. Bał się tego coraz bardziej. Słyszał relacje ludzi i czuł, co chcieli mu przekazać. Czuć było w tym wszystkim obawę. A z drugiej strony doradca uspokajał go mówiąc, że wszystko idzie dobrze i tak, jak to jest zapisane w gwiazdach. Nawet ostatnie niepokoje są w to wpisane. Mówił o bardzo ciężkiej końcówce tych dni, ale za to potem ma już być spokój. Przynajmniej na rok. Musiał mu wierzyć. Tak wiele już zrobić i tak wiele zdarzeń się sprawdziło. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
- Zawsze chciałem zapytać cię wielebny o doradcę burmistrza, czy znasz go może?
- Nie. Słyszałem o nim, ale nie znam. Wydaje się być albo bacznym obserwatorem albo dysponuje magicznymi zdolnościami umożliwiającymi widzenie przyszłości. To może być mag nieba – rzekł niepewnie wielebny. Wyszli na świeże powietrze i odetchnęli z ulgą.
- Nie, to nie mag. Wyczułbym. Z resztą samo jego wspomnienie ulatuje mi z głowy im mniej o tym myślę. Jest w tym coś dziwnego, nie sądzisz?
- Johan, pracujesz za dużo. I jesteś przemęczony. Wiesz przecież jak działają wiatry magii. Skoro jest magia to muszą być wiatry. Jedynym wyjątkiem, choć nie zawsze, to moc boska. Widzisz, że wiatrów wokół jest dużo, ale nie widzisz, kto nimi może rozporządzać. Może dlatego, że to kapłan? Znałem kilka historii o tym jak mag porzucił czarowanie na rzecz wiary. Nie było to liczne bo z tego, co wiem, to takie zdarzenia są pilnie strzeżone przez Kolegia, ale to nie znaczy, że to jest niemożliwe. Rozważ to, zapisz sobie i wróć do tego Johanie – uspokajający głos Heinricha działał jak balsam.
- Chyba tak zrobię. Bo już myślałem, że to może być jakoś związane z wiesz czym. Tą rzeczą, którą mam u siebie – szary mag pomagał wielebnemu. Prowadził go pod rękę, przytrzymywał przy pokonywaniu bruku i pilnie słuchał bo sam czuł, że doszedł do granicy za którą jest już tylko ciemność i niewiedza.
- Już dawno mówiłem, żebyś się tego pozbył. Z tego nie będzie nic dobrego, a jeszcze możesz mieć problemy.
- To nie jest takie proste wielebny. Przecież to jest na składzie u mnie, dał mi to mój mistrz…
- Jakiel, wiem. Szkoda go było bo to dobry człowiek był. Nie zasłużył na taką śmierć. A człowiek, który tego dokonał powinien trafić do najgorszego miejsca kaźni po śmierci. Jemu też mówiłem, by pozbył się tej rzeczy. Nie posłuchał. Posłuchaj chociaż ty. O wiele nie proszę. Nie jesteś do niej przywiązany więc tym łatwiej ci to pójdzie. Pamiętaj, że rzeczy są tyle warte ile ktoś może coś za nie dać. To jest niewątpliwie cenna rzecz, ale nikt nie da ci takich pieniędzy za nią. Oddaj ją przy najbliższej okazji do kogoś i pozbądź się jej. Na pewno coś wymyślisz.
I tak rozmawiając para doszła pod wrota świątyni Vereny. Pożegnali się i rozeszli się każdy w swoją stronę. Mag do wieży zaś wielebny Heinrich do swojej biblioteki. Jeszcze upewnił się, czy mag poszedł do siebie i zamknął drzwi. Podszedł do regału zastawionego książkami. Chwycił grzbiet jednego woluminu i szarpnął. Sekretne drzwi otworzyły się i starzec wszedł do środka. W komnacie pełnej książek stał postument podtrzymujący opasłą księgę przy której stał kałamarz z atramentem. Wielebny podkasał rękawy i chwycił pióro. Potem zamoczył jego końcówkę w czarnym atramencie i zaczął pisać. Skrzypienie pióra wchłaniały księgi, które już niejedno widziały i słyszały. Były świadkami narodzin i śmierci, porządku i chaosu. Teraz patrzyły niemo jak starzec skreśla kolejne słowa w księdze. Końcówka pióra raz po raz nurzała się w kałamarzu a czarnych szlaczków w księdze przybywało. Gdy daleki zegar na miejskiej wieży wybił dziewięć razy starzec skończył. Sypnął piaskiem po dopiero co zapisanej stronie. Złociste iskierki zajaśniały na kilka chwil po czym zgasły. Księga błysnęła na niebiesko i zamarła tak, jak zwykle księgi mają w zwyczaju. Starzec wyszedł z pokoju, zamknął za sobą sekretne drzwi i usiadł w fotelu. Z dolnej półki zdjął drewnianą tabliczkę z dziurkami, w którą były powtykane różnej wielkości kołeczki. Tabliczka była pokryta dwubarwną siatką a Heindrich zwykł o niej mawiać „szachy”. Przesunął jeden ciemnych z kołków pomiędzy dwoma polami i popatrzył na planszę. Pod gęstym wąsem a pomiędzy bujną brodą zagościł uśmiech.
- Twój ruch – powiedział do siebie i odstawił tabliczkę tam, gdzie stała.
- Szach! – powiedział w obcym języku a uśmiech nie schodził z jego oblicza.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.