Granica

Ubersreik, Zachodni Reikland 11 Vorgeheim 2588

9

Rada
Mroczne elfy albo Svartalfar, jak nazywają je w Norsce, to niezwykła rasa istot. W Imperium nie są znane tak, jak w miejscach, które cierpią pod ich jarzmem. Ich czarne drakkary przybijają do wybrzeża plądrując miasta, zabierając jeńców i zostawiając resztki krwawych rytuałów. Ludzie z Norski obawiają się ich nie mniej niż trolli albo łupieżczych wypraw zachodnich plemion z Lodowych Pustkowi. Pozornie ludzie z Północy mają tylko śnieg, lód i skóry zwierząt. Jednak to kraina, o którą biją się wszyscy. Mroczne elfy zubażają ją dodatkowo powiększając strach i zostawiając wypalone miejsca po osadach na całym wybrzeżu. Nie znane są wewnętrzne struktury organizacyjne drawalfów. Znane są jedynie przerażające druchii – krwawe przywódczynie oraz elkorgi – potężni wojownicy wiodący swoich pobratymców do walki. Istnieją jeszcze fadachii – sekretni wojownicy. Wysyłani do miejsc spokojnych by siać zamęt i przygotować grunt pod inwazję. W Norsce jeśli ktoś dostrzeże fadachii to podnosi alarm. Osada szykuje się do ataku a część wojowników rusza na poszukiwanie wysłannika by zabić go zanim ten zdąży przekazać informacje. Kto zaniecha takie poczynania ten bardzo boleśnie przekona się o bezwzględności mrocznych elfów.
Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom II, str.87

- Szanowny Johanie, proszę streść krótko sytuację w mieście – powiedział do maga burmistrz choć zwracał się jednocześnie do całego grona Rady.
- Dziękuję – mag szarej magii wstał i popatrzył na zgromadzonych. – Moi drodzy, jak zapewne wiecie, w mieście są już wszyscy kandydaci oraz kłopoty z tym związane. Najpoważniejszy to zabójstwo sprzed kilku dni. Chodzi o zajście w starym zajeździe „Alte Bauer”. Jak niektórzy wiedzą, tam zatrzymało się elfie poselstwo z Marienburga pod wodzą Lorith Silverleaf – szlachetnej elfki z Jałowych Ziem. Jak sami czujecie, to już jest sprawa na poziomie dyplomatycznym i dokładamy wszelkich starań by rozwiązać tą sprawę. Możliwe, że to zakulisowe gierki któregoś z rodów, ale na to jeszcze nie mamy dowodów.
- Skąd wiadomo, że to morderstwo? Nie trafiło do mnie żadne ciało – spytał kapłan Morra, wielebny Schadrach Burke.
Elfi dyplomata- Mamy relację niemal naocznych świadków tego zdarzenia. Jest pewna grupa w mieście, która przynajmniej na razie zaangażowała się w pracę w mieście. Mają świadomość, że odbędą się wybory, choć na razie nie starają się grać tak, by poprzeć którąś ze stron. Wydają się być … pomocni.
- Potwierdzam – wtrącił się w słowo wielebny Heinrich. – Mają w swoich szeregach maga oraz elfa i interesują się tym co dzieje się w mieście, ale nie są jakoś szczególnie tym zainteresowani. Pytają sporo o sprawy magiczne. Jak pojawi się coś więcej z ich strony to dam znać Radzie.
- To właśnie od nich wiemy, że ktoś zakradł się do domu, gdzie przebywała delegacja elfów, po czym wyszedł i przepadł w mieście. Wszystko sugeruje, że zrobił to ktoś, dla kogo taka robota to nie pierwszyzna i kto zna się na rzeczy.
- Panie, pozwolisz, że się wtrącę – kapitan straży Erwin Blucher podniósł rękę na znak, że chce zabrać głos. – Moi ludzie zabezpieczyli teren i mamy relację tych ludzi. Dodatkowo zabezpieczyliśmy całe miejsce choć muszę przyznać, że ciał nie znaleźliśmy. Były dwa zasuszone szkielety ale nigdzie ciała dyplomatki. Oczywiście obecność noży o dziwnej proweniencji sugeruje, że to mogło być zabójstwo na zlecenie, ale póki co pracujemy nad tym.
- Najważniejsze, że nie przyszła żadna oficjalna nota z Marienburga – kontynuował Johan. – Noże mają dość niepokojące pochodzenie, o którym na razie nie chcę wspominać bo ustalam te szczegóły. Noże mam u siebie i są dobrze zabezpieczone. Co do reszty to będziemy śledzić to, co dzieje się na mieście. Pomoc kogoś z portu byłaby nieodzowna – popatrzył znacząco na Fritz Langenhorna, szefa rybaków.
- Hmmm – chrząknął Fritz. – Mam swoich ludzi w gildii u Johanna. Jak coś będą tam działać to powinienem wiedzieć co się dzieje. Jednak nie mogę obiecać bo chłopaki są nerwowi. Chyba sytuacja w mieście też ich w jakiś sposób rusza.
- To chyba tak, jak każdego – mruknął Karlstadt, szef gildii kupieckiej miasta Ubersreik. – Dzięki tym wyborom rośnie zainteresowanie miastem. Ludzie ze zwykłej ciekawości przyjeżdżają by coś zobaczyć. Notujemy większą niż zwykle wymianę handlową. Sporo kupców przybywa do miasta i choć niekoniecznie czymś handlują, to są tu ze zwykłej ciekawości. Może to sama obecność Saponatheimów tak działa. Jednak nie wszyscy zdają się przybywać w pokojowych zamiarach… – jego wzrok znacząco spoczął na kapłanie Sigmara. Ten siedział jakby niewzruszony ale cisza w sali obrad wybiła go ze tej błogości. Popatrzył wokół i dostrzegł szelmowski wzrok szanownego Alfreda.
- Przepraszam, zamyśliłem się. Ostatnio Sigmar ma bardzo wiele rzeczy do przekazania dla mnie i sam wespół z moim pomocnikiem nie daję rady…
- I dlatego sprowadziłeś flagellantów? – kupiec kontynuował zaczepkę.
Sigmaryta ściągnął brwi i znów był w swoim wojowniczym nastroju.
- Przychodzą ci, którzy wierzą w Sigmara. Skoro nie ma ich za dużo w mieście to przychodzą ci, którzy do miasta nigdy nie zaglądają. Możecie mi wierzyć, że ci ludzie nie są czymś złym. Przestrzegają postów, modlą się i są gotowi na to, by bronić wiary w Sigmara. Takim ludziom winniśmy szacunek a nie tylko drwiące słowa i uśmieszki.
Flagellanci- Nikt tego nie neguje. Póki rozpalają ogniska na placu, tam się modlą i nie krzywdzą nikogo poza sobą, to może tak być – zabrał ponownie głos kapitan. – Jednak jeśli zaczną się zamieszki lub ludzie zaczną się skarżyć, to będę musiał zainterweniować. Bezpieczeństwo miasta przede wszystkim. Dodatkowa obecność zbrojnych nie służy niczemu dobremu.
- Ja i Sigmar ręczymy za nich i za ich postępowanie. Nie będą niczego ruszać ani robić jeśli będzie to miłe Sigmarowi. Ale jeśli zobaczymy gdzieś gniazdo pugastwa… – pewnie to nie przypadek, gdy wzrok kapłana spoczął na Verenowcu. Heinrich Gutenberg jak zawsze nic sobie z tego nie robił. Dotychczas siedział milczący i słuchał uważnie. Teraz też nie podjął zaczepki kapłana tylko zwrócił się z inną sprawą.
- To ja bym dodał tylko coś do ważniejszych spraw– tu wypowiedział to słowo z większym naciskiem niż inne podejmując wyzwanie mierzenia wzrokiem z wielebnym Guntherem – to chciałbym coś dodać od naszych ludzi w mieście. Mogę tak powiedzieć, gdyż przychodzą do mnie ze wszystkim i wiem o niektórych rzeczach z pierwszej ręki. O niektórych sprawach mogę porozmawiać tylko z rezydentem z uwagi na badania, które przeprowadziłem i nie chciałbym tu nikogo nimi zanudzać. Chodzi o te noże. W skrócie wygląda to tak, że są one pochodzenia elfiego a konkretnie od mrocznych elfów. To dość niezwykłe z uwagi na odległość jaka dzieli ich od naszego miasta. I nie mamy niczego w mieście, co by ich skłoniło do działań. Możliwe, że pani poseł w jakiś sposób była zaangażowana w to wszystko i postanowiono się z nią rozprawić daleko od Marienburga. Inna sprawa to same noże. Na szczęście nie są to noże wiedźm elfickich ale i tak trzeba uważać na nie. Są magiczne i bardzo niebezpieczne w dla każdego, kto je trzyma.
- Czy to wszystko powiedziały ci panie, te twoje heretyckie księgi? – spytał wielebny Gunther.
Sztylety rytualne- Panowie, prosiłabym o powagę urzędu. Szczególnie dziwię się tobie wielebny – rzuciła w stronę Sigmaryty przeorysza Shally. – Jątrzysz tylko a przecież mówiliśmy już o tym. Twoje zaślepienie w tropieniu chaosu jest godne podziwu ale ociera się niebezpiecznie o fanatyzm i bezmyślność.
- Proszę, proszę – uśmiechnął się kapłan – i sama wielebna Marianne postanowiła zabrać głos. – Jakoś mnie to nie dziwi, że popierasz pani kapłana Vereny. Oboje macie co nieco na sumieniu a wspólne spiskowanie zbliża ludzi.
- Nie będę tego słuchać – oburzyła się kapłanka. Wstała od stołu i wyszła z sali. Po tym wszystkim zapadła cisza.
- Tak nie można – przerwał ją Maler. – Na dziś kończymy, ale proszę cię wielebny na przyszłość, o powściągnięcie języka i nie szafowanie osądami, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Teraz jak nigdy potrzebujemy siebie a Twoje działania powodują, że nie ma porządku tylko właśnie chaos.
- Myślcie co chcecie – tym razem oburzony wstał wielebny Gunther. – Skoro nikt mnie nie słucha to ja nie będę słuchał was. Po co taka rada, która przygląda się tylko jak powoli ale metodycznie rak zepsucia toczy to miasto. Ja do tego swojej ręki nie przyłożę. Ale dołożę wszelkich starań by zniszczyć to zepsucie w zarodku. Z wami lub bez was. Żegnam.
Burmistrz wzruszył ramionami i dał znak do rozejścia się. Wszyscy ochoczo zebrali się i wyszli zostawiając w sali jedynie maga wraz z kapłanem Vereny oraz samym burmistrzem. Ich miny były nietęgie.
- W takim tempie to stracimy panowanie w mieście. Kapłan robi się coraz bardziej nieprzewidywalny – burmistrz popatrzył na pozostałych. – I co w takiej sytuacji? Przecież nie każę go zamknąć bo nie mogę a poza tym ruszą ci jego ludzie.
- Panie – kapłan Vereny splótł ręce na podołku – on próbował zwerbować tych moich ludzi by zajęli się moją biblioteką. To już nie jest tylko widzimisię jednego człowieka ale może być prowokacją i atakiem na instytucje cesarskie. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć, ale z wielebnym Guntherem coś się dzieje. Ludzie na mieście go obserwują i może oni coś będą wiedzieć. Wiem, że na razie jest coś nie tak z jego pomocnikiem.
- Ja też wiem, że kontaktują się z Brunnerami. To bardzo niebezpieczny kontakt i wiadomo w kogo wymierzony – Johan ruszył do okna i wyjrzał przez nie. – Wiadomo też, że Aschaffenbergowie jawnie popierają świątynię Sigmara, jego ludzie pomagają flagellantom, a spore dotacje na ołtarz przeznacza sam Lord Rickard. Chyba wiadomo po czyjej stronie stoi herbowy orzeł rodu. Tylko dlaczego chcą rozbić radę poprzez kapłana?
- Może to coś większego niż tylko kapłan? Nasi znajomi odwiedzali parę razy „Topór i Młot” zatem krasnoludzki przybytek. Widywano tam też człowieka od Aschaffebergów oraz nowicjusza Sigmara. To się zaczyna robić coraz bardziej zagmatwane. Mag wspominał mi, że wynajęto ich do obserwacji zajazdu „Alte Bauer” właśnie stąd. A gdy było po wszystkim, to człowiek ulotnił się. Był on od Saponatheimów choć nie wierzę by to oni stali za zabójstwem. Coś się tu dzieje niedobrego – zamyślił się na moment szary mag.
- Z całą pewnością. Siedzę teraz nad wieloma sprawami i czuję, że coś się dzieje. A skoro już mowa o „Toporze i Młocie” to ten nowy mag widział, lub miał wizję, coś bardzo niepokojącego w nowicjuszu o którym wspominacie. Coś on za często się pojawia, ale to chyba nie przypadek. Widział on jakby nowicjusz nosił w sobie jakiś mroczny sekret, jakby chroniły go jakieś magiczne bariery. Możliwe, że mamy teraz więcej w mieście postaci operujących magią niż dotychczas…
- To prawda – stwierdził Johan. – Poza kapłanami, mamy tego nowego maga i wyczuwam jeszcze zawirowania wiatrów innych. Nie mogę ich sprecyzować zatem ich natura może być również kapłańska. Obserwujemy wszystko, ale póki co nic nie wpadło moim ludziom w oczy.
Burmistrz siedział milczący. Przysłuchiwał się temu wszystkiemu aż wreszcie sam się odezwał.
- Mój doradca mówił, żebyśmy z nowicjuszem nic nie robili.
- Co? – mag nie krył zdziwienia.
Obrady Rady- Mamy nic nie robić. Tak powiedział. Powiedział też, że bardziej przysłuży się nam potem. No, może nie on sam, ale jego dzieło. Cokolwiek by to nie było.
- Panie, skąd masz takie informacje? – tym razem kapłan Vereny nie krył zdziwienia.
- Od mojego doradcy. On zdaje się przeczuwać pewne sprawy i jego nos jeszcze nas nie oszukał. Wspominał on, że to kim jest nowicjusz, będzie do wykorzystania potem. Na naszą korzyść – burmistrz mówił to, ale bez przekonania.
- I co jeszcze wspominał?
- Nic więcej. Uczulił, że będzie więcej incydentów, ale mamy reagować tak, jak zawsze.
- To akurat żadna przepowiednia – żachnął się mag. – W sprawie nowicjusza niewiele możemy zrobić bo na niczym go nie nakryliśmy. Może ta grupa z magiem coś zrobi, to będziemy mogli zareagować. Mistrzu Gutenberg, miej oko na nich i słuchaj co mówią. Mogą się nam przydać. Nie są z miasta i czasami więcej tym można ugrać niż być z wewnątrz.
- Oczywiście. Miasto ponad wszystko. Prawo ponad prywatność – kapłan Vereny zdawał się recytować formułki znane mu już od lat. – Póki co zajmują się kapłanem Sigmara. Może to i dobrze, bo jest on teraz punktem zapalnym. Przy okazji będzie i nowicjusz. A wiecie… tak sobie tylko głośno myślę. Co z tym elfem, co jest z nimi w drużynie? Czy to może mieć jakieś znaczenie?
- Raczej nie. Był już tu wcześniej. Notowany, ale bez recydywy. To margines. Jak wielu ze szlachetnych ras, ten też się stoczył – Johan zdawał się sobie coś przypominać. – Drobny złodziejaszek i kanciarz. On i reszta została zatrzymana kilka tygodni temu za drobne wykroczenia, ale zostali zwolnieni za poręczenie burmistrza. Gdyby miało się coś dziać to już by się działo. Jednak słusznie mistrzu to zauważyłeś. Mamy na niego oko, a w zasadzie nie ja, tylko mój człowiek u Ranalda.
- Myślałem, że oni już opuścili nasze miasto – burmistrz poprawił na sobie kubrak jakby szykując się do wyjścia.
- Nie, nie wszyscy. Obecnie to gildia złodziei i Ranaldowcy są w nim marginesem, ale mają tam jeszcze wpływy. Elf z kumplem weszli do nich więc jakby co, od nich też co nieco będziemy wiedzieć – mag zdawał się być zadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Widzę, że macie wszędzie oczy i uszy. Oby was nie zwiodły – burmistrz wstał i skłonił głowę. – To tyle na dziś. Spotkajmy się za tydzień i omówimy najważniejsze sprawy. Kontrolujcie sprawy i dawajcie mi znać. Współpracujcie z kapitanem i trzymajcie to miasto w kupie bo inaczej nie zostanie tu kamień na kamieniu. Tak nam się przysłużą te wybory.
Widok na UbersreikCała trójka wyszła z budynku Rady i ruszyła do swoich siedzib. Najbliżej miał burmistrz bowiem jego mieszkanie i biuro było w tym samym budynku. Najdalej miał mag, bo musiał przejść na drugą stronę rzeki. Tylko wielebny Heinrich miał w miarę prostą drogę i ciekawe położenie. Przeszedł obok głównego placu, gdzie flagellanci już okładali się skórzanymi pejczami, które ryły czerwone pręgi na pobliźnionej skórze pleców. Niektórzy wznosili zaśpiewy a jeszcze inni pilnowali by ogień nie gasł w ogniskach. Nieopodal stała oktagonalna świątynia Sigmara z wiecznie otwartymi wrotami w których stał teraz kapłan i doglądał swojej trzódki. Był tak zapatrzony w bijących się mężczyzn, że nie zauważył jak chudy i niepozorny kapłan Vereny, bogini prawa i mądrości, przechodzi nieopodal i kieruje się do swojego domostwa. Do swoich ksiąg i wiedzy, wśród której czuje się najlepiej.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.