Granica

Czarna Góra, Zachodni Reikland 19 Kaldezeit 2588

Czarna_Góra

13

W osadzie Velkmunde spotkaliśmy się z dość osobliwym zwyczajem karania wrogów. Kary wymierza sam szaman wioski i zwykle są one śmiertelne bo i czyny, jakimi się zajmuje są najcięższe z możliwych. Otóż ów szaman – zwany przez miejscowych Olgden czyli Wiosło – przywiązuje skazanego do pala i dotyka mu czoło nożem. Jeśli skazany przyzna się do winy to szaman zadaje nim cios w serce i zabija skazańca. Jeśli skazany idzie w zaparte to dzieje się z nim coś dziwnego – otóż zaczyna się on gwałtownie starzeć. Zwykle po kwadransie nie zostaje z delikwenta nic prócz kupki kości.
Pytam się, jak to możliwe, że tak się dzieje. Wiosło odpowiedział mi, że to przez ów nóż. To broń elfia, przywieziona tu przez mroczne elfy i tylko one mogą się nią posługiwać bez skutków ubocznych. Zwana jest przez nich Lang Sovn czyli Zsyłacz Snów. Długie, hartowane ostrze przypomina sztylety imperialne ale ich falowane ostrze i brak zbrocza powodują, że jest to całkowicie egzotyczna broń. Jak powiedział Olgden tym sztyletem posługują się zabójcy elficcy a jego precyzja oraz zabójczość jest już legendarna. Niestety na ludzi działa nie dość, że zabójczo, jak każda broń biała, to jeszcze powoduje gwałtowne starzenie. Podobno to przez klątwę, którą posiadają ludzie, a nie mają jej elfy i krasnoludy czyli krótkowieczność. Nadal jednak nie dawała mi spokoju myśl o adekwatności karty wymierzanej za pomocą Lang Sovna. Dlaczego zatwardziałego wroga skazywano na śmierć ze starości? I na to Wiosło mi odpowiedział. Oni, Norskmeni, mają dusze. Elfy jej nie mają. To dlatego krócej żyją bo oddają część żywota duszy, która jest nieśmiertelna. Elfy mogą cieszyć się długowiecznością, ale gdy nadejdzie kres to po nim nie ma nic. Kradzież takiej duszy jest cenna i dzięki praktykom drucci można ją przekuć na cenny eliksir przedłużający życie. Takie noże to skrzynie pełne dusz za które elfy są gotowe zapłacić krocie. I gdy elfy najadą wioskę, szaman jest gotowy na wymianę. Za cenę noża można kupić życie. Chociażby te ludzkie.

Z “Pamiętników Archibalda Rurheima” Tom II, str 5.

Góra rosła w oczach już od drugiego dnia by wreszcie pod koniec czwartego być pod jej podnóżem. Sprawiała wrażenie samotnego ostańca o niebotycznej wysokości, ale bliskość Gór Szarych skutecznie maskowała to wrażenie. Przez całą drogę patrzyliśmy na wierzchołek, który górował nad lasem i był naszym punktem orientacyjnym. Na postojach często rozmawialiśmy o mieście i o tym, co usłyszeliśmy. O wyborach, o zniszczeniach w porcie, o możliwości działania kultu i o tym, jak góra może na to wpływać. A już kompletną nocą, gdy tylko ja, mój mistrz i gwiazdy na niebie czuwały, rozmawialiśmy o rezydencie i własnych odczuciach co do tej misji. Mój mistrz pilnie baczył na mnie i wiedziałem, że testował moją wiedzę i moje zdolności obserwacji. Im więcej się dowiadywaliśmy o wszystkich zdarzeniach i o możliwych zagrożeniach, tym częściej Lord Sigismund popadał w zamyślenie. Było to wielce niepokojące, ale góra zdawała się być rzeczą ponad tym wszystkim. Kiedy ostatniej nocy siedzieliśmy przy ognisku mój mistrz powiedział do mnie takie słowa: “Coś mi się wydaje mój uczniu, że ta góra to był tylko pretekst. Może wcale nie powinno nas tu być a ważniejsze rzeczy dzieją się w mieście. Jednak zrobimy wszystko by sprawdzić górę a potem sprawdzić miasto. Coś mi się wydaje, że klucz do rozwiązania tej całej sytuacji od początku był w mieście.”
Pamiętam te słowa teraz i wydaje mi się, że jest w nich wiele prawdy. Rezydent nie zachowywał się dziwnie i był prawdziwą skarbnicą wiedzy o mieście i zdarzeniach. Widać, że dobrze się wywiązywał ze swojej funkcji i na pewno zasługiwał na najwyższe uznanie. Słuchając tego, co się tam dzieje, tym bardziej urósł w naszych oczach, gdyż mało który mag mógłby tak powiązać fakty i działać w takim środowisku. Jednak przybycie pod górę zastopowało nasze rozmowy a jej ogrom urzekła nas od pierwszego wejrzenia.

Góra była czarna i wokół unosił się zapach spalenizny. U jej podnóża widać było jakieś kupki gruzu, które pewnie kiedyś były zabudowaniami. Nieopodal, gdzie jeszcze sięga las a kończy ugór, widać było rozległe połacie ziemi zdarte do kamienia i przekopane jak po przejechaniu tędy całego legionu rycerzy. Ziemia już była uklepana, ale rozmiar zniszczenia trawy i drzew wskazywał na siłę, którą trudno było sobie wyobrazić. Niektóre pnie były rozpęknięte na pół jak od uderzeń kul armatnich, niektóre potrzaskane jakby dostały się pod ciężki ostrzał strzelb hohlandzkich. Nic nie wskazywało by ktoś o takiej sile mógł operować w tym regionie. To chyba nas zmyliło bo od razu ważność góry znów stała się istotna – właśnie poprzez pryzmat siły, jakiej tu użyto.
Obóz rozbiliśmy pomiędzy kamiennymi ruinami nieopodal wejścia do kopalni. Doskonale nadawały się do obrony, ukrycia i obserwacji. Podnóże góry górowało nad okolicą i mieliśmy całkiem niezły przegląd tego, co mogło wyjść z lasu lub z kopalni. Nasze spojrzenia ciekawie zerkały wokół bo byliśmy ciekawi czy dostrzeżemy ślady obozu o jakim wspominał Giuseppe oraz sam rezydent. To też stanowiło zagadkę, która dopełniała wszystko to, co tu się zdarzyło. Na wieczór mieliśmy już wszystko gotowe – namioty rozbite pomiędzy kamiennymi ścianami, ognisko i zapas drewna, ciepłe jedzenie, które przygotował Sebastien i górę, która patrzyła na nas w milczeniu.

Rezydent mówił, że był tu kiedyś, ale to miejsce teraz jest inne. Każdy to czuł, gdzieś na granicy wrażenia. Mój mistrz powiedział, że działał tu dhar i czuć go w drzewach, w ziemi i w skale. Promieniuje nieznacznie, ale delikatne smagnięcia wiatrów magii mogą to odkryć. Wielkie leje na przedpolu, które mogły być śladami po wybuchach kartaczy, miały ten ślad bardzo wyraźny. Potrzaskane drzewa już mniejszy, ale jednak jest. Mogliśmy tylko sobie wyobrazić to tu się mogło zdarzyć. Nie znaleźliśmy żadnych ciał i wypatrywaliśmy czy nie będzie tu potworów o jakich wspominał zarządca tego miejsca. Wszystko zostało wypalone i albo usunięte albo … tego nigdy nie było. Lord Winfred wspominał, że bardzo często wielkie okropności dzieją się tylko w głowie poszkodowanego a wrażenia z nich są jak prawdziwe. Rezydent zapewnił jednak, że to nie może być to. Jego uczeń jest twardo stąpającym po ziemi człowiekiem, a mając jeszcze jednego maga pod bokiem nie mógł sobie tego wyobrazić. W dodatku był tu też elf a wiadomo, że ta rasa ma już legendarną odporność na iluzję i omamy. Dlatego jeśli elfowi coś się wydaje, to znaczy że to jest.

Lord WinfredZmęczeni podróżą wszyscy położyli się spać. Tylko ja z Sebastienem wzięliśmy warty i obowiązek podtrzymywania ogniska. Im więcej cieni tym lepiej. Mnie przypadła pierwsza warta i czułem się nieswojo w tym miejscu. Nie dość, że nowe to jeszcze tak bardzo tajemnicze, że niepokój można było wyczuć bez specjalnych umiejętności. Obserwowałem mistrza Johanna, który stał tuż za kręgiem światła i patrzył na górę. Zadarł głowę wysoko i obserwował czubek góry. Patrzyłem na jego sylwetkę i zastanawiałem się ile trzeba mieć siły w sobie by faktycznie być rezydentem, by być pierwszą linią oporu a czasami i ostatnią. “Mistrzu” – rzekłem by przerwać jego obserwacje – “Połóż się już panie. Jutro ciężki dzień a nam potrzeba twojej wiedzy i umiejętności.” Przerwał patrzenie i podszedł do ogniska i swojego posłania w namiocie. Widziałem, że chyba płakał. Mogło mi się to jednak wydawać bo płomień tańczył po wszystkim wokół jakby nie robił tego od bardzo dawna.
Ranek wstał piękny i słoneczny. To trochę było nam nie po drodze ale jak się okazało nie było potrzeby była inna pogoda. Weszliśmy do kopalni. Echo dharu było bardzo silne i nawet ja je wyczuwałem. Lordowie obejrzeli uważnie wejście i przeszliśmy dalej do szybu windowego. Nie było zejścia tą stroną gdyż szyb wypełniony był skałą. Bardzo dziwną skałą gdyż wypełniała ona całe światło szybu jak woda albo piana w kuflu. W strukturze przypominała drewno ale była bardzo wytrzymała i nie chciała się kruszyć. Próba ognia, kucia czy elektryczności nic nie dała. Skała nie kruszyła się a jeśli już ulegała zniszczeniu to w zmieniała się w pył. W dodatku wypełniała przestrzeń bardzo ściśle i niemal bez wyraźniej różnicy warstw. Czasami widuje się to przy wulkanach, gdzie gorąca lawa wpada na skałę, topi ją a potem zastyga w formie, która zawiera zarówno lawę jak i skałę. Nie wiem, jak to możliwe by coś takiego zdarzyło się w tym miejscu. Lord Winfred mówił, że tutaj nie ma żadnych ruchów sejsmicznych i wytworzenie takiej skały w takim czasie i w takich okolicznościach jest niemożliwe. Pozostaje magia, która zaczyna rysować się w coraz mroczniejszych barwach.

Kopalnia i jej główne wejście było zaplombowane. Nie dałoby się tego skruszyć tak łatwo bez naruszenia konstrukcji ścian. Jakby komuś bardzo zależało na tym, by już tędy nikt nie chodził. Lordowie zgodzili się, że ciężkie prace górnicze przez okres kilku miesięczny dałyby radę ale wątpliwe by było czy by nie zawaliły się korytarze a dalsza praca w tym miejscu nie miałaby sensu. Ponoć zbudowane to wszystko było ze specjalnej i bardzo twardej skały, która w dodatku jest odporna na wszelkie zmiany temperaturowe co dziwi, że doszło tutaj do czegoś takiego. Narastało wtedy w nas przekonanie, że miejsce wydaje się być zabezpieczone. Jeśli ktoś chciałby tędy wejść musiałby się porządnie przygotować a i tak nie ma pewności, czy nie dojdzie do zawałów. Jeśli tak, to pozostaje tylko udokumentować to, spisać, sprawdzić i uznać, że miejsce jest bezpieczne. Oczywiście rezydent musiałby raz w roku wizytować to miejsce i sprawdzić czy nic się nie zmieniło i nie ma oznak zmian zabezpieczeń. Takie coś dosyć często stosowaliśmy by nie naruszać niczego w okolicy jeśli nie ma potrzeby.

Trzeba było jednak sprawdzić wszystko. Magowie wyszli na zewnątrz i spojrzeli na górę. Trzeba było ją obejść by sprawdzić czy nie ma bocznych przejść, korytarzy lub zawałów. Należało też sprawdzić grubość skały i sprawdzić czy nie ma za nimi korytarzy przez które bez trudu dałoby się przebić. Na szczęście mieliśmy ze sobą lunetę wypożyczoną od Alchemików dzięki której będzie można sprawdzić czy nie ma wolnych przestrzeni do pięciu metra w skale. To by wystarczyło by mieć solidne zabezpieczenie przed przebiciem się przez skałę. Czekała nas zatem wędrówka wokół góry. Postanowiliśmy to odłożyć na jutro by zdążyć przed zmrokiem. Dzisiaj jeszcze skupiliśmy się na badaniu lejów, połamanych drzew i przeoranego przedpola kopalni.
Wieczór był spokojny i każdy marzył o tym, by już się położyć. Tym razem to Sebastien miał pierwszą wartę więc skorzystałem z tego, by się porządnie wyspać. Obudziłem się w środku nocy. Spodziewałem się, że zrobi to mój towarzysz ale uczynił to dziwny odgłos. Podniosłem głowę i zobaczyłem ognisko. Przy nim śpiącego magistra a za nim śpiących lordów w namiocie. W namiocie obok siedział rezydent i to z tego miejsca dochodził ten odgłos. Wstałem by odgonić resztki snu i podszedłem do Johanna. Zobaczyłem, że ma w ręku sztylet, cały falisty i ostry niczym brzytwa. Przeraziłem się i to musiał dostrzec lub wyczuć rezydent bo podniósł wzrok i uśmiechnął się.

- Nie bój się Mordheimie, to jest sztylet mrocznych elfów. Nie mogłem go zostawić w mieście i zastanawiać się, w czyje ręce może on wpaść. To jest ten sztylet, o którym wam opowiadałem. Podniósł go w stronę ognia bym mógł go obejrzeć w całości.
- Trzymam go w skrzynce przy sobie, bo tak jest najbezpieczniej. Sam wiesz, że nikt nie upilnuje czegoś, czego sam nie ma pod bokiem.
- Mistrzu, trzeba iść spać. Jutro kolejny dzień a ty musisz być na chodzie – powiedziałem i zerknąłem na śpiącego towarzysza.
- Sebastien, on …
Co to może być?- Zasnął. Ale spokojnie – machnął ręką w stronę namiotu lordów. – Nikomu nie powiem. Jak wstałem to nie chciałem nikogo budzić a skoro nasz towarzysz zasnął to niech odpoczywa.
- To miłe z twojej strony panie. Teraz moja kolej warty więc możesz już się położyć – powiedziałem i było mi lepiej po zapewnieniu, że Sebastien nie będzie miał przykrości za spanie przy warcie.
- Słusznie. Dobrej nocy – powiedział, odłożył sztylet do skrzynki i położył się spać.
Podszedłem do ogniska i usiadłem wygodnie. Nie budziłem Sebastiena bo i tak nie było sensu tego robić teraz. Przynajmniej się wyśpi. A jutro sobie z nim pogadam. Wyjąłem księgę i zacząłem ją studiować. Całkowicie pochłonęła mną teoria szarej magii i jej praktyki rytualne. Na tyle, że nie zwróciłem uwagi na jeden szczegół, który teraz stał się kluczowy i wtedy mógł zakończyć wszystko zanim coś się stało. Szczegół, który w swojej banalności mógł umknąć, ale nie powinien. Nie powinien dla maga i dla ucznia lorda Sigismunda. Nie powinien. Teraz już i tak jest na to za późno. Ach, gdybym wtedy skojarzył fakt, że Johann nie miał na sobie rękawiczek. Ach…

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.